Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

20 września 2022

NR 63 (Wrzesień 2022)

Trans Madeira 2022

0 106

To były dziwne dwa lata. Nawet rower i rywalizacja na nim stały się nieoczywiste, powściągliwe. Motywacja zdechła, każdy plan pobrzmiewał echem szyderczego rechotu losu: zawody odwoływane przed sezonem lub w ostatniej chwili, pomieszany kalendarz i wszechobecne ograniczenia w przemieszczaniu się przesiały listę organizowanych wyścigów. A nam bardzo chciało się ścigać.

Kiedy na początku roku 2022 zacząłem w końcu przeglądać kalendarz imprez, moją uwagę zwróciły dwie etapówki enduro, obie odbywające się na portugalskich wyspach – Maderze i Azorach. Niemal od zawsze moim marzeniem było wziąć udział w takim evencie, jednak zawsze coś stawało na przeszkodzie. Niewiele myśląc, skrobnąłem e-maila do organizatorów i długo nie musiałem czekać na odpowiedź. Niestety, lista na wiosenną edycję Trans Madeira była już zamknięta, a termin jesienny niestety mi nie pasował. Zacząłem szukać czegoś innego, bo głód ścigania i chęć posmakowania atmosfery zawodów etapowych były silniejsze ode mnie. Wbrew pozorom w sektorze enduro nie ma tego tak wiele, jeśli ma się jasno określone cele. Zależało mi na trudnym technicznie wyścigu wielodniowym, liczyła się więc liczba dni (etapów), dystans dzienny, a także przewyższenia pokonywane każdego dnia. Większość wyścigów tego typu „sprzedaje się na blacie”, a zapisy startują wiele miesięcy wcześniej, więc miałem utrudnione zadanie. Do tego potrzebowałem dwóch miejsc, bo jednak z kumplem raźniej i logistyka też jest znacznie łatwiejsza.

POLECAMY

Organizacja i przygotowania

Kiedy w lutym odebrałem e-maila od Antonia – organizatora Trans Madeiry, o dwóch wolnych miejscach na majowe zawody, nie mogłem się nie uśmiechnąć. Teraz już tylko trzeba było w ciągu 48 godzin wpłacić opłatę startową i zacząć szukać lotów; robienie formy było na dobrej drodze już od jesieni. W zawodach na wyspie wiecznej wiosny, jak jest zwana Madera, mogło wziąć udział jedynie 140 zawodników; my dostaliśmy ładnie wyglądające numerki 99 i 100. Po wklepaniu w wyszukiwarkę lotów naszego celu okazało się, że z Polski nic tam nie lata bez jednej/dwóch przesiadek. Nie widziało nam się biegać z torbami rowerowymi po lotniskach i spędzić 15 godzin w podróży, szczególnie w obliczu czekających nas zawodów, więc zdecydowaliśmy się na czarter z Katowic. To zdecydowanie najszybsza forma dostania się na Maderę, lot trwa niespełna 5 godzin. Lotnisko znajduje się w miejscowości o rowerowo brzmiącej nazwie – Santa Cruz, położonej nieopodal Funchal. Musieliśmy co prawda lecieć w sobotę, a zawody miały się rozpocząć w poniedziałek, ale stwierdziliśmy, że aklimatyzacja nie zaszkodzi. Pakowanie na tygodniowe zawody, gdzie w planie jest spanie w namiotach i codzienna zmiana lokalizacji, to temat na osobny artykuł, więc napiszę tylko, że jakoś udało mi się zmieścić w jednej torbie. 

Lot odbył się zgodnie z planem i szczęśliwie wylądowaliśmy na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata. Już w hali przylotów można było poczuć, że ta wyspa jest przyjazna rowerzystom – jako dekoracja dookoła stały rowery Cannondale’a, głównego sponsora zawodów. 

Niedziela upłynęła nam na zwiedzaniu stolicy wyspy – Funchal, testowaniu lokalnych potraw i kibicowaniu podczas rajdu starych samochodów. Pogoda zmieniała się wielokrotnie w trakcie dnia, co dało nam przedsmak tego, co nas czeka.

Dzień 0

W poniedziałek o 8:00 rano shuttle bus zabrał nas sprzed siedziby Freeride Madeira do miejscowości Machico, zlokalizowanej na wschodzie wyspy. Tam czekał na nas punkt rejestracji, namioty rozłożone na plaży i ponad setka riderów. Po wypełnieniu formalności, złożeniu rowerów i przekąszeniu czegoś, część osób pojechała na wycieczkę rowerową, a część zwiedzała miasteczko lub odpoczywała po podróży. Organizator zadbał zarówno o przekąski, jak i wsparcie mechaników, którzy nie odmawiali pomocy nikomu. Były też sytuacje awaryjne – kilku zawodników nie doczekało się na lotnisku na swoje rowery i bagaże, które nie wiadomo, gdzie zaginęły. Przy pomocy lokalesów przeszukali chyba wszystkie wypożyczalnie w poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu (w dodatku w rozmiarze XL), na szczęście się udało. My przybiliśmy sobie piątkę za wybór czarteru i przylot wcześniej.

Wieczorem czekała na nas kolacja i briefing, na którym mogliśmy poznać szczegóły rywalizacji. Podczas 6. edycji Trans Madeira w ciągu 5 dni zawodników z 26 krajów czekało 220 km, 30 odcinków specjalnych i 15 000 m zjazdów. Wśród 140 startujących był jeden śmiałek na monocyklu i aż 17 kobiet. Silną reprezentację miały Wielka Brytania, Finlandia i Norwegia, z Polski było nas dwóch. Organizator przekazał garść przydatnych informacji, a szczególną uwagę zwrócił na odpowiednią odzież, bo pogoda bywa tam kapryśna i zmienna. Już następnego dnia okazało się, że nawet jeśli przy śniadaniu świeci słońce, a ptaki śpiewają, nic to na Maderze nie znaczy. 
 

1. Klimatycznie położony obóz. Piękna pogoda czekała na nas dopiero w Funchal.
2. Marvin Kauffman na Carbon Jack’u leci po pierwsze miejsce open. 
3. Małe piwko i żółwik z orgiem na finiszu zawsze na propsie.

Dzień 1

Po niespokojnej wietrznej nocy przywitał nas słoneczny poranek. Zaraz po śniadaniu o godz. 8:00 ruszyliśmy do boju. Dzień rozpoczynał się transferem z rowerami na Chao da Lagoa (1500 m n.p.m.), gdzie czekała na nas mgła (a może chmura) i deszcz przechodzący w grad; temperatura odczuwalna spadła do ok. zera. Byli tacy, którzy dali się zwieść pozorom słonecznego dnia i wyszli z autobusu w krótkim rękawku, kurtki niestety zostały w bazie. Startowaliśmy zgodnie z przydzielonymi numerkami, więc przyszło nam trochę poczekać i mimo bielizny termicznej i kurtki zmarznąć. Pierwszy oes był rozgrywany przy huraganowym wietrze, który miejscami niemal uniemożliwiał jazdę, a kiedy indziej przesuwał w locie (prawie wylądowałem na głowie marshalla stojącego za hopką). Nie było łatwo pokonać przyrodę – 3-kilometrowy (355 m w pionie) oes jechałem ok. 8–9 minut. W strugach deszczu ruszyłem w kierunku kolejnych odcinków, a było co jechać – tego dnia mieliśmy ich do pokonania siedem. Jeden z odcinków, który mieliśmy tego dnia w menu – Boca do Risco, został dwukrotnie wybrany najlepszym odcinkiem roku Enduro World Series. Widokowa kręta ścieżka poprowadzona krawędzią klifu nie dawała czasu na podziwianie widoków, moment nieuwagi groził upadkiem w przepaść.

Dystans, który wyświetlił mój Garmin tego dnia, to ponad 60 km i prawie 1300 metrów w górę (nie wliczając transferu), a łączna liczba zjechanych metrów przekroczyła 3100 m. Jazda w deszczu i błocie po mocno technicznych odcinkach wystarczyła, by kilka osób odpadło z rywalizacji, a wszystkim ten dzień dał się mocno we znaki. Na trasie organizator zapewnił superwypasiony bufet, na którym nie zabrakło dla nikogo pysznych i dodających energii lokalnych produktów. Co dla mnie istotne, nie zapomniano nawet o wegetarianach – oni również mieli niezły wybór. Na kolacji też każdy mógł znaleźć coś dla siebie i nabrać sił przed kolejnym dniem. Obfitująca w owoce i warzywa kuchnia, kilka rodzajów smacznych potraw, rozemocjonowane towarzystwo i do tego złocisty napój połączył zawodników z różnych stron świata. Podsumowanie, omówienie planu na kolejny dzień, a potem zasłużony sen.

 

4. Pełne skupienie na trasie to podstawa do ukończenia Trans Madeira. 
5. Patyk, który pozwolił ukończyć zawody. Kryzysowe sytuacje wymagają ekstraordynaryjnych rozwiązań. 
6. Trasy na Maderze są bardzo różnorodne, a przyroda jest powalająca.

Dzień 2

Około 6:00 rano budzi mnie ruch w obozowisku – to kilku niecierpliwych riderów już idzie na śniadanie. Obite dzień wcześniej mięśnie bolą, ale nie jest źle; kilka osób po ciężkich upadkach już dziś nie jedzie – w tym niestety mój kolega. Musi się wykurować i kupić nowy kask; poprzedni spełnił swoją funkcję i ochronił głowę. Ten dzień to także zmiana miejsca obozowania, więc musimy spakować swoje torby i wrzucić je na ciężarówkę. Na szczęście składanie namiotów to już rola ekipy technicznej.

Podobnie jak dzień wcześniej wsiadamy do autobusu i jedziemy na miejsce startu – tym razem jest to Montado Pereiro (ok. 1220 m n.p.m.) Oczywiście znów pada, a nas czeka kilka kilometrów rozgrzewającego podjazdu. Pierwszy mierzony odcinek zapewne, gdy jest suchy, mógłby uchodzić za „pure flow” – ta wąska ścieżka klucząca między drzewami, z naturalnymi wybiciami z korzeni i kamieni, po deszczu jest bardzo wymagająca. Kończę go z tylko jedną glebą… jechałem zbyt zachowawczo. Czeka mnie w końcu cały dzień walki ze sobą i zmieniającą się pogodą. Teraz myślę tylko o równym rytmie pedałowania i kroplach wody tańczących na daszku mojego fullface’a. Są tacy, którzy zdejmują kaski na podjazd, ale po co ryzykować dyskwalifikację. 

Kolejny odcinek mierzony (oczywiście również błotnisty), przejeżdżam bez przygód… no prawie. W 3/4 odcinka na trasie leży drzewo, a marshall mówi, że tu prawdopodobnie będzie koniec. Nie spiesząc się, omijam je bokiem i jadę dalej. Po minucie–dwóch spokojnej jazdy widzę fotokomórkę końca oesu. Okazuje się, że drzewo przewróciło się w trakcie zawodów i część zawodników przejechała normalnie, a ja i startujący po mnie mieli pecha. Wieczorem organizator mówi, że nie ma wpływu na przyrodę i wyniki zostają takie, jakie są. Tracę sporo czasu na tej sytuacji. Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało. 

Kolejny odcinek to Rat Boy i w ocenie organizatora ma 4/5 gwiazdek, jeśli chodzi o technikę. Pytam na starcie, czy są jakieś trudne miejsca, skocznie – nooo, no jumps, man – słyszę. W pewnym momencie po korzenno-kamiennym trawersie skręcam i widzę skocznię – normalnie zarysowane wybicie, drzewa wokół, nic więcej nie widać. Przypominam, że jadę on sight, czyli jak to mawiają nasi południowi sąsiedzi: „na oczi”. Skaczę, lecę, ląduję na korzeniach… ufff – jadę dalej i widzę kolejną skocznię (dropa); już w locie stwierdzam, że nie mam wystarczającej prędkości i ląduję tylnym kołem metr za blisko. Nomad aż jęknął, mnie odbiło, ale wyszedłem cało. Kilka skrętów i wyjeżdżam na rozświetloną światłem słonecznym łąkę. Wszyscy są w euforii, robią zdjęcia i cieszą się z tej (chwilowej zapewne) zmiany pogody. Kolejny wypych po kamieniach, kolejny transfer i kolejny odcinek. Organizator z uwagi na padający deszcz i warunki nieco go „przycina”. Decyzja słuszna, bo już na tym „skrócie” sporo ludzi prowadzi i zsuwa się w dół, łapiąc równowagę na śliskiej skale i błocie. Jadąc na granicy równowagi i wyprzedzając kilkadziesiąt osób, myślę sobie, jak by to było się tam ścigać. 

Piątego dnia na odcinku specjalnym (3,15 km i 415 m w dół) zaliczam przed samą metą glebę (Madeira Ice daje znać o sobie). Dojeżdżam na bufet ubłocony od stóp do głów, jak wszyscy inni zresztą. Zawodnicy suszą w słońcu ochraniacze i ubrania, uzupełniając przy okazji kalorie. Czeka nas jeszcze transfer i dwa odcinki. Tam już całe szczęście nie pada, zmienia się sceneria i nawet słońce nieśmiało wygląda zza chmur. Nie może być tak kolorowo – przy okazji pokazuje się bardziej śliska niż lód nawierzchnia, zwana przez lokalnych riderów „Madeira Ice”. Slajdując po zakrętach, co chwilę mijam kogoś, kto wypadł za bandę lub „wyjechał” z trasy. Jedzie mi się super i wyprzedzam kolejnego zawodnika, a potem siup i leżę w krzakach… zbieram się i docieram do mety na kole zawodnika, którego chwilę wcześniej dogoniłem. Tego dnia przejechałem ponad 40 km, 900 m w górę i 3400 w dół. Dzień kończy się w słonecznym Funchal, a namioty tym razem są rozłożone na trawie, a nie piachu, co przyjmuję z ulgą. Czyszcząc rower, zauważam, że mam jakiś problem z napędem; mechanicy mówią, że rano będzie naprawione. Super! Kolacja, suszenie ubrań i do spania. 

 

7. „Adventure Day” i podróż w ciemnościach – to coś, co pamięta się latami.
8. Płeć piękna, a zarazem szybka. Brawo, dziewczyny!
9. Vincent Tupin i Luis Reboul dobrze się bawili, mimo że zegar tykał.

Dzień 3

Nad ranem zaczyna padać, co dla niektórych oznacza, że nici z suchych ciuchów. Ja na całe szczęście mam suchy zestaw w namiocie. Rano okazuje się, że roweru jednak nie udało się naprawić. Chcę sprawdzić w aplikacji, co z moim AXS-em, ale chyba padł mi kabel do ładowania i podłączony wieczorem telefon ma 3% baterii. Za pół godziny ruszamy. Szybko go podłączam, biegnę na śniadanie, pakuję torbę i wrzucam rower na ciężarówkę.

Już na górze, po raz kolejny próbując ustawić napęd, stwierdzam, że mam pęknięty wózek; zapewne podczas jednego z upadków dzień wcześniej w coś uderzyłem. Na szybko ustawiam kilka działających biegów. Telefon ma 1/3 baterii, a przed nami „Adventure Day” i przeprawa z południa na północ wyspy. Dystans 48 km i 1680 m w pionie nie przeraża, a 3 tysiące metrów zjazdów to już standard. Startujemy z trzeciego co do wysokości szczytu Madery – Pico do Arieiro (1818 m n.p.m.), w tle majaczy obserwatorium astronomiczne. Na początek trochę podjazdu, stada krów biegnących na złamanie karku po asfalcie, a potem trochę noszenia rowerów. Słońce świeci, więc trasa wydaje się jakaś łatwiejsza. Odcinki mijają szybko, nawet zjazd po kocich łbach zwany „Madeira massage” i tracenie wysokości na transferze nie bolą tak bardzo. Bufet, serwis i wraz z Patrykiem, który wrócił do gry, rozpoczynamy podjazd z uśmiechem na twarzy. Okazuje się, że czeka nas wspinaczka szlakiem pieszym na przełęcz pod Pico Grande. Pchając i niosąc rowery, pokonujemy 800 m w pionie, po drodze spotykamy kilka wycieczek z Polski. Doping rodaków pomaga stawiać krok za krokiem. Na przełęczy nie ma zbyt wiele czasu na podziwianie widoków, mijamy grań i zjeżdżamy w dolinę po drugiej stronie, gdzie czeka kolejny bufet. 

Dalsza część trasy biegnie wzdłuż akweduktów zwanych lewadami, które służą do transportu wody z północy na południe wyspy. Częściowo musimy przemieszczać się w ciemnych tunelach, ja zapomniałem czołówki, a telefon ma już tylko 10% baterii (chyba za dużo robię zdjęć). Całe szczęście jest ktoś, kto ma latarkę, bo bez tego zostałbym tam chyba na zawsze. Miałem w głowie wizję tunelu ze światełkiem na k...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy