Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

19 września 2022

NR 63 (Wrzesień 2022)

Przełom Tour de France Fémmes

0 236

Rozmowy na temat kobiecego kolarstwa przypominają czasem dialogi z kilkulatkiem o jedzeniu. Jeszcze nie skosztował, a już wie, że nie lubi. A gdy spróbuje i jednak mu zasmakuje, to i tak się nie przyzna, żeby się koledzy w przedszkolu nie śmiali. Zorganizowana po raz pierwszy w odnowionej formule kobieca edycja Tour de France wielu kibiców wprawiła w zachwyt. A ci często nie wahali się do tegoż zachwytu przyznać. Trudno nie nazwać tego przełomem.

Nie sposób uwolnić się od wrażenia, że kobiece kolarstwo jest genetycznie obciążone jakimś „ale”. Niby wszystko jest tu takie samo jak w wyścigach mężczyzn, ale… i tu wymieniać można długo, bo zawsze znajdzie się jakiś powód.

Już sama prezentacja nowej koncepcji kobiecego Tour de France, przedstawiona w połowie października 2021 roku, wywołała lawinę rozmaitych pretensji. A to, że wyścig znowu będzie tylko małym dodatkiem do „prawdziwej” Wielkiej Pętli, a to, że kibice po trzech tygodniach obserwowania rywalizacji panów chętniej wyłączą telewizory i wsiądą na własne rowery, niż będą oglądać wyścig kobiet, a to, że przewidziano tylko osiem etapów i żaden nie wiedzie przez „prawdziwe” góry, a to w końcu, że mimo deklaracji o najwyższej w historii puli nagród w kobiecym wyścigu dla jego triumfatorki przewidziano ledwie ułamek tego, co dla zwycięzcy męskiego Touru. Dostało się nawet Marion Rousse, mianowanej dyrektorką kobiecego wyścigu. Zarzucano jej granie roli listka figowego dla „udawanej” przez Amaury Sport Organisation (A.S.O.) troski o kobiece ściganie.

W dużym stopniu organizator Tour de France Fémmes zapracował sobie na takie opinie. Niewiele ponad tydzień przed prezentacją trasy Wielkiej Pętli i jej kobiecej edycji to samo A.S.O. znalazło się w ogniu ze wszech miar słusznej krytyki o skandaliczne dysproporcje w nagrodach dla kobiet i mężczyzn w brukowym monumencie Paryż-Roubaix. Absolutnie wyjątkową edycję klasyku, przeniesionego z powodu pandemii COVID-19 na październik i rozgrywanego w jesiennej aurze, przyćmiła już po jego zakończeniu informacja o 20-krotnej różnicy w wysokości nagród za zwycięstwo w imprezie. Triumfatorka kobiecego Piekła Północy Elizabeth Deignan wyrównanie otrzymała od swojego zespołu Trek-Segafredo. A.S.O. musiało przełknąć krytykę tuż przed prezentacją swojej najważniejszej imprezy.

Ale nie tylko stosunek organizatora do nagradzania kobiet położył się cieniem na zapowiedzi Tour de France Fémmes. Wcześniejsze losy tej imprezy również nie dawały zbyt wielu powodów do przesadnego optymizmu.

Falstart

Za pierwszą przymiarkę do kobiecej rywalizacji na trasie Wielkiej Pętli zabrał się w połowie lat 50. ubiegłego wieku francuski dziennikarz sportowy Jean Leulliot. Spektakularnego sukcesu nie odniósł. Pięcioetapową imprezę 

Le Grande Boucle féminine wygrała pochodząca z wyspy Man Millie Robinson, po czym o wyścigu zapomniano na prawie trzy dekady.

Wrócono do niego w roku 1984. Wówczas wydawało się, że sprawę potraktowano poważnie. Wprawdzie panie miały do pokonania odcinki, których średnia długość nie przekraczała 60 km, ale etapów było aż 18, a ich trasa w dużym stopniu pokrywała się z równolegle rozgrywanym wyścigiem mężczyzn. Amerykanka Marianne Martin, która wygrała wyścig, oficjalnie nazwany Tour de France féminin, pięć dni po swoim triumfie dostąpiła nawet zaszczytu wejścia w Paryżu na podium razem z Laurentem Fignonem, zwycięzcą rywalizacji panów.

Jednak z roku na rok kobieca impreza się kurczyła. Pięć lat po „nowym otwarciu”, gdy pod oficjalną nazwą była rozgrywana po raz ostatni, była o tydzień krótsza niż na początku. Po trzecim z rzędu triumfie Francuzki Jeannie Longo organizujące wyścig Stowarzyszenie Tour de France uznało, że skórka nie jest warta wyprawki.

Wyścig organizowano nadal, ale postanowiono już nie mieszać w to marki Tour de France. Przez trzy kolejne sezony kobiety rywalizowały w wyścigu sławiącym wartości Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, ale gdy w 1992 roku podpisano powołujący do życia Unię Europejską traktat z Maastricht, skończyło się i to. W powstałym w tym samym czasie A.S.O., które z Société de Tour de France uczyniło swój podmiot zależny, stwierdzono widocznie, że kobiece kolarstwo do promocji UE nadaje się tak sobie i po wyścigu w 1993 roku zamknęło projekt.

Sny o potędze

Marzeniem o kobiecym wyścigu na miarę Wielkiej Pętli żył również Pierre Boué, francuski dziennikarz i pasjonat kolarstwa, który od 1992 roku organizował Tour Cycliste Féminin. W rezygnacji A.S.O. z organizowania wyścigu dla pań dostrzegł szansę dla siebie. Przeszarżował jednak już na początku. Uznając, że marka Tour de France jest dobrem narodowym, które nie powinno być własnością jednego podmiotu, wytoczył jej właścicielom sądową batalię o prawo nazywania w ten sposób również kobiecej imprezy. Przegrał z kretesem.

Później zaczął przegrywać również z niełatwą rzeczywistością. Impreza, od 1998 roku realizowana pod nazwą Grande Boucle Féminine Internationale (A.S.O. przymknęło oko na nawiązanie do Wielkiej Pętli, nie chcąc być posądzone o utrudnianie rozwoju kobiecego kolarstwa), z roku na rok mierzyła się z coraz większymi problemami.

Boué życia sobie i kolarkom bynajmniej nie ułatwiał. Zespoły skarżyły się na pogarszające się z roku na rok warunki zakwaterowania, nieracjonalnie długie transfery między etapami, ciągnące się kilometrami starty honorowe i zaległości w wypłacaniu należnych nagród. W 2003 roku program imprezy dopięto tak późno, że trasę zaplanowanego na początek sierpnia wyścigu zawodniczki poznały dopiero w lipcu. Start zlokalizowano na Korsyce, nie uwzględniwszy przy tym, że bez wcześniejszej rezerwacji dostanie się na wyspę nie musi być najłatwiejszym zadaniem.

Gdy niektóre ekipy dotarły na miejsce o trzeciej nad ranem w dniu inauguracji ścigania, część załóg stwierdziła, że pora skończyć z tą farsą. Gdy po 14 etapach do Paryża dotarło 50 z 66 stających na starcie zawodniczek, nikt już się nie wstrzymywał z pytaniami o przyszłość wyścigu, w którym z jakiegoś powodu wciąż upatrywano nadziei na rozwój kobiecego kolarstwa. W 2004 roku impreza się nie odbyła, a Boué zrezygnował z dalszej walki o swoje marzenia.

Wyścig, do którego już wcześniej zdążyła przylgnąć złośliwa łatka „Le Petit Boucle” (Mała Pętla), wrócił w 2005 roku, ale był już cieniem samego siebie. Ostatnia edycja, która odbyła się w 2009 roku, mierzyła zaledwie cztery etapy i niewiele ponad 300 km długości.

 

1. Kibice dopingują Elisę Longo Borghini (Trek - Segafredo) na jednym z podjazdów siódmego etapu.  
 

Pora o sobie przypomnieć

Uprawiające kolarstwo kobiety nie raz i nie dwa się przekonały, że jeśli chcą rywalizować w wyścigach, muszą się o to same upominać. W 2013 roku z inicjatywy Marianne Vos, Kathryn Bertine, Emmy Pooley i triathlonistki Chrissie Wellington powołano do życia przedsięwzięcie o nazwie „Le Tour Entier” (Cały Tour). Zorganizowano zbiórkę podpisów pod petycją o przywrócenie idei kobiecego Tour de France. Pomysł poparło ponad 100 tysięcy osób, a po nagłośnieniu sprawy w mediach A.S.O. ugięło się i zapowiedziało, że zabierze się do pracy w tym zakresie.

Efekt dla inicjatorek akcji był raczej rozczarowujący, ale jakiś był. W 2014 roku zorganizowano jednodniowy wyścig ulicami Paryża, poprzedzający finałowy etap męskiej edycji Tour de France. Okrojona do „klasyku” wersja Wielkiej Pętli miała być tylko „na zachętę”, ale po względnym sukcesie paryskiego ścigania organizatorzy uznali tę formułę za satysfakcjonującą. Zmodyfikowali ją o tyle, że z czasem La Course by Le Tour de France opuścił Paryż i zaczął się pojawiać w innych miejscach, przez które przebiegała trasa męskiego Touru.

Na pojawiające się raz po raz zarzuty, że A.S.O. więcej uwagi niż kolarkom poświęca na przygotowania do L’Etape du Tour dla amatorów, Christian Prudhomme na ogół wzruszał ramionami, argumentując, że imprezy muszą na siebie zarabiać. I chociaż na ogół unikał przyznania, że do kobiecego wyścigu musi dokładać, powtarzane raz po raz stwierdzenia o wysokich kosztach organizacji, braku zainteresowania ze strony mediów czy wreszcie braku wystarczających wpływów od sponsorów trudno było interpretować inaczej.

 

2. Marianne Vos (Team Jumbo Visma), triumfatorka paryskiego prologu Tour Eiffel – Champs-Elysees.  
3. Siódmy etap – pierwszy górski na trasie wyścigu z trzema trudnymi podjazdami: Petit Ballon (9,3 km, 8,1%), Col du Platzerwasel (7,1 km, 8,3%) i Grand Ballon (13,5 km, 6,7%).

 

Zmiana sytuacji

Co się zmieniło w 2021 roku, że A.S.O. postanowiło inaczej podejść do wyścigu i z pompą ogłosić „nową erę” w historii kobiecego kolarstwa?

Istnieje na ten temat kilka teorii. Jedna z nich głosi, że francuska organizacja nie mogła dłużej pozwalać na to, by kobiece kolarstwo rozwijało się bez jej udziału. Powoływanie do życia kobiecych drużyn przez te same podmioty, które rokrocznie stają na trasie Wielkiej Pętli, stało się w pewnym momencie swego rodzaju normą. Trudno już było udawać, że kolarstwo kobiet to na wpół amatorska inicjatywa, której celem jest wyłącznie zaspokojenie potrzeby rywalizacji niektórych pań. Gdy zaczęły jeździć w takich samych strojach, na takich samych rowerach i coraz częściej przyjeżdżać na wyścigi tymi samymi autokarami co mężczyźni, nie sposób było nie zauważyć, że nagle ten sport w wykonaniu kobiet znalazł się w zupełnie innym miejscu.

Według innej koncepcji organizatorzy kobiecych wyścigów nabrali nieco więcej odwagi po sukcesie wirtualnej rywalizacji, do jakiej kolarze i kolarki zostali zmuszeni...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy