Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

22 marca 2022

NR 57 (Marzec 2022)

Powitanie z Afryką

0 259

Patrzy na nas z odrobiną pobłażliwości, mówi ze spokojem, a ja mimo to cały się trzęsę: Żeby przetrwać w buszu, musicie znać kilka zasad. W przypadku ataku słonia łapiecie rowery za górną rurę, robicie w tył zwrot i spieprzacie z całej pety w przeciwnym kierunku. Ja w tym czasie robię na ziemi kreskę gazem pieprzowym. Jeśli spotkamy nerwowego bawoła, czegokolwiek byście w tym czasie nie robili, zatrzymujecie się w miejscu i nie ruszacie się. Jak macie w pobliżu jakieś drzewo, to wiecie, co robić.

To tylko początek nietypowego szkolenia BHP prowadzonego przez naszego przewodnika Antona. Jeśli wcześniej nie docierało to do mnie dostatecznie wyraźnie, to teraz właśnie zaczyna. To nie będzie spacer po miejskim parku. To poważna sprawa. Jeśli kiedykolwiek byłeś w parku safari w Afryce, wiesz, że pod żadnym pozorem nie powinieneś wychodzić z samochodu. My będziemy podróżować, mając tylko rowery. I Antona. Ekwipunek Antona ograniczony jest do wiedzy, doświadczenia, pistoletu, gazu pieprzowego i klaksonu na sprężone powietrze. Nie wiem, czy to starczy, gdy napatoczymy się na stado dzikich zwierząt. To znaczy, musi starczyć. Nie mamy planu B. Witamy w dzikiej Afryce!
Anton wylicza dalej: „Jeśli spotkamy nosorożce, lepiej, żeby były to białe nosorożce – są spokojne i stosunkowo niegroźne. Ale jeśli to będą czarne nosorożce, to stajecie nieruchomo i nie wydajecie żadnego dźwięku. Jeśli nosorożec będzie nas zaczepiał, wycofujecie się do najbliższego krzaka i żadnego ruchu! Nosorożec będzie tupał nogami, prychał i robił harmider, ale one mają słaby wzrok i taki jeden raczej nie powinien Was znaleźć, pod warunkiem że będziecie trzymali się poza zasięgiem jego wzroku i nie będziecie się ruszać. No i mamy jeszcze wielkie koty. Tutaj obowiązuje ta sama zasada: spokój. W żadnym wypadku nie uciekacie, ponieważ kot uzna Was za ofiarę. Wycofujecie się powoli, ale nie spuszczacie oczu z drapieżnika. Ogólnie rzecz biorąc, zwierzęta bardziej boją się nas, ludzi, i rzadko dochodzi do konfrontacji”. Miejmy nadzieję, że Anton ma rację.
Anton jest jednym z czternastu właścicieli nieruchomości, którzy, dzieląc się swoimi terenami, tworzą 28000-hektarowy Rezerwat Dzikich Zwierząt Selati (Selati Game Reserve). Rezerwat jest prywatny i właściwie nie jest otwarty dla zwiedzających, chyba że zna się kogoś takiego jak Anton. Wtedy można przejechać przez park nawet na MTB. Park jest domem dla niezliczonej liczby ptaków, antylop, gazeli, zebr, krokodyli, ale także Wielkiej Piątki: lwów, bawołów, nosorożców, słoni i lampartów. Przed naszą wyprawą zastanawiałem się, czy w ogóle uda nam się zobaczyć którekolwiek z tych zwierząt. Teraz nie jestem pewien, czy naprawdę tego chcę.
 

POLECAMY

1. Afryka u progu zimy ciągle pozwala spędzać poranki na tarasie. 

 

2. Różnorodność zwierzyny w Selati Game Reserve onieśmiela. 

 

3. Granitowe formacje skalne zostały stworzone w jednym celu! Trzymać!


Po wykładzie Antona zbieramy się spać, a jutro, skoro świt, wyruszymy na rower. Mówiąc my, mam na myśli Paula, Zandri, Fränzi, Antona i mnie. Paul Ingpen był prowodyrem całego tego zamieszania – jako wydawca kilku czasopism w RPA, oprócz magazynów o triathlonie, golfie i bieganiu, wydaje również jeden o MTB. Regularnie zamieszcza w nim moje fotoreportaże i kiedy zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie chciałbym zrobić reportażu o jeździe na rowerze w rezerwacie z Wielką Piątką, nie wahałem się ani chwili. I tak oto Fränzi Gobeli i ja przylecieliśmy ze Szwajcarii do RPA. Do naszej grupy dołącza Zandri Strydom (zobacz kod QR). Zandri ma dopiero 19 lat, jeździ dla Speca, ale już została w RPA okrzyknięta obiecującym młodym talentem MTB, mając na swoim koncie kilka krajowych i kontynentalnych tytułów. Wraz z Antonem nasza grupa stanowi dziwny zestaw: wielki właściciel ziemski, pasjonatka kolarstwa górskiego i poszukiwacz przygód – czuję, że nasze życie spoczywa w ich rękach, i nie wiem, czy to dobrze.

Gepardy po prawej

Wyruszamy z naszej bazy o 6:30 rano, około pół godziny przed wschodem słońca. Chcemy wykorzystać poranne światło do pierwszych zdjęć. W czerwcu (bo przecież jesteśmy na półkuli południowej) potrafi być naprawdę zimno i cieszę się, że spakowałem puchową kurtkę, bo dopóki słońce chowa się za horyzontem, powietrze jest lodowate. Wszyscy trzymamy się blisko Antona. Niby nas wczoraj nie straszył, ale podświadomie nabraliśmy respektu. Przemieszczamy się gruntowymi drogami, przecinając połacie terenu przypominające step oraz małe zagajniki. Wszyscy rozglądają się na lewo i prawo. Każdy dźwięk czy choćby trzask gałęzi powoduje skok pulsu. Kto wie? To może być słoń szukający śniadania. Albo lampart, który uznał, że posiłek poruszający się na kołach będzie smaczną alternatywą. Nawet Anton wydaje się nerwowy. Nasz brak wiedzy i doświadczenia objawia się w strachu, który stoi w opozycji do naturalnego szacunku, jakim on sam darzy swoje otoczenie. Jesteśmy totalnymi żółtodziobami, może i oglądaliśmy National Geographic czy BBC Earth, ale do tej pory nie przeżyliśmy konfrontacji z żadnym dzikim zwierzęciem. To jak świadomość, że może i słyszałeś w życiu sporo włoskiego, ale kiedy masz zapytać kogoś o coś konkretnego, uświadamiasz sobie, że nie wiesz nawet, jak mówi się „ja”. Podobnie jest tutaj: dzień wcześniej Anton sporo nam naopowiadał, ale czujemy się zdani na jego zwięzłe instrukcje, opisujące ograniczony wachlarz sytuacji, czyli tak, jakbyśmy potrafili powiedzieć „espresso” i „cappuccino”. Jedziemy bez słowa po wyboistych ścieżkach i każdy na swój sposób stara się radzić sobie ze strachem. Nagle Anton hamuje i podnosi rękę. W stanie przedzawałowym podjeżdżamy powoli i naszym oczom ukazują się dwa gepardy leżące na kopcu ziemi i chłonące pierwsze promienie słońca! Widzą nas i nie wydają się specjalnie zaniepokojone naszą obecnością. Trzymamy się z daleka. Nie dlatego, że stanowią dla nas zagrożenie, ale dlatego, że nie chcemy odbierać im przestrzeni, która należy do nich. Muszę mieć ich zdjęcia! Nigdy w najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, że będę fotografował ludzi na rowerach i gepardy. Po cichu i ostrożnie okrążam zwierzęta. Wszystko, co muszę zrobić, to zmienić swoje położenie, aby móc sfotografować i koty, i rowerzystów na raz. Po około 10 lub 15 minutach moi koci modele mają już dość i opuszczają swój słoneczny pagórek. Cóż to był za widok! I to w pierwszy dzień!
 

4. Kobietom za dużo rzeczy trzeba czasem wyjaśniać. Po prostu jej pozwoliliśmy...

 

5. Spotkanie z gepardami było najbardziej niesamowitą rzeczą, jaka przydarzyła mi się w życiu. 

 

6. Tak jak i kołowanie rowerem po pasie startowym ukrytym w buszu. 


Pas startowy 25 gotowy. 
Rozpocznij kołowanie

Gepardy to był dopiero przedsmak. Przez następne trzy dni widzieliśmy prawie każde zwierzę, które można sobie wymarzyć, gdy jedzie się na rower do afrykańskiego rezerwatu. Z bezpiecznej odległości widzieliśmy nosorożce i słonie; lwy były zazwyczaj bardziej przestraszone od nas i czym prędzej wycofywały się w jakieś odludniejsze miejsca; stada zebr i ich źrebięta pasące się pod porannym słońcem; żyrafy skubiące liście z najwyższych partii drzew i naprawdę mnóstwo innych z ponad 50 różnych gatunków średnich i dużych ssaków, dla których park jest domem.
Przemierzamy rezerwat z zachodu na wschód, zygzakując tam i z powrotem i pokonując codziennie około 40–60 kilometrów. Poruszamy się głównie po śladach dżipów, ale czasami Anton prowadzi nas prosto przez busz, podążając ścieżkami przetartymi przez stada zwierząt. Nie ma tu oznaczonych tras rowerowych, po prostu poruszamy się przez rozległe przestrzenie, wykorzystując istniejące ścieżki i zatrzymując się na przerwy przy wodopojach. Nie tankujemy oczywiście wody w strumieniach, w umówionym miejscu czeka na nas nasz wóz techniczny i zaopatruje nas w wodę i jedzenie. Pokonujemy kilka starych mostów, przeciskamy się pomiędzy dzikimi granitowymi formacjami skalnymi i nagle wypadamy na szeroką drogę w środku dziczy. Równiuteńka czarna asfaltowa autostrada na totalnym pustkowiu wraz z jej precyzyjnie namalowaną linią środkową wydaje się dziwna – coś w tym wszystkim jest nie tak: autostrada ma zaledwie kilkaset metrów długości i jest oznaczona wielkim znakiem 25. Wtedy dociera do mnie, co widzę: jesteśmy na pasie startowym! Na szczęście nie jest to ruchliwe europejskie lotnisko, więc pykamy sobie po nim parę razy tam i z powrotem.
 

7. Park Narodowy Krugera na granicy z Mozambikiem zaskoczył nas różnorodnością. 

 

8. Shiluva jest jedną z kilku kobiet strażniczek parku i robi świetny gin z tonikiem

 

9. Fränzi mówi, że chce taką łazienkę w Szwajcarii.


Rudi, szef jednostki do walki z kłusownictwem

Podczas gdy ja cykam jeszcze ostatnie zdjęcia naszej ekipy śmigającej po pasie startowym, podjeżdża do nas biały pick-up. Kiedy pojazd się zatrzymuje, widzę na drzwiach napis: Counter-Poaching Unit. Z ciężarówki wysiada uśmiechnięty od ucha do ucha olbrzymi mężczyzna. 
Jestem Rudi – mówi, ciągle się uśmiechając. Rudi jest uosobieniem tego, co człowiek wyobraża sobie na dźwięk sformułowania „strażnik parku”. Wielki jak niedźwiedź, jest szefem zespołu składającego się z pięciu strażników, którzy monitorują rezerwat. Właściwie to w parku tej wielkości potrzebowalibyśmy oddziału co najmniej piętnastu ludzi. Niestety, nie mamy na to budżetu, więc z naszym małym zespołem staramy się, jak możemy, aby kłusownicy nie mieli tu czego szukać – wyjaśnia. Chętnie dowiaduję się więcej o jego pracy, zresztą Rudi otwarcie opowiada o swoich obowiązkach i wyzwaniach: Mamy do dyspozycji helikopter i kilka pick-upów. Używamy ich do śledzenia i monitorowania liczebności populacji różnych gatunków na naszym posterunku. Największym problemem są kłusownicy, którzy często przyjeżdżają z zagranicy, by prowadzić tu swoje operacje. Ich celem są głównie nosorożce. Róg nosorożca waży od pięciu do dziesięciu kilogramów. Na czarnym rynku w Azji można za niego dostać nawet 
30 tysięcy dolarów za kilogram. Kłusownicy, którzy znajdują się na samym dole łańcucha dostaw, otrzymują jedynie ułamek tej kwoty. To azjatyckie gangi zlecają odstrzał i sprzedają róg do Wietnamu lub Chin.
Rudi i jego oddział nie są jednak całkowicie bezsilni wobec kłusowników. Aktywnie przeciwdziałają procederowi i sami usuwają nosorożcom rogi. Do tego zabiegu zwierzęta są usypiane, a sam zabieg przeprowadzany jest przez weterynarza i trwa kilka godzin. Jak wyjaśnia Rudi: Jest to bezbolesne dla zwierzęcia, a tak naprawdę może decydować, czy zwierzę przeżyje w dziczy, czy nie. Jedynym minusem jest to, że róg nosorożca jest jak ludzkie paznokcie i odrasta po dwóch lub trzech latach, więc cały proces trzeba powtórzyć. Na pewno mamy zagwarantowaną długoterminową pracę – śmieje się Rudi. Rozmawiamy długo, Rudi pokazuje mi swoją kamizelkę kuloodporną i broń. Opowiada mi historie i anegdoty ze swojego życia, a ja mógłbym z nim rozmawiać godzinami. Ale my musimy jechać dalej. Nasz następny przystanek, Park Narodowy Krugera, czeka.
 

 

  10. 11. W wiosce Masisi na granicy z Parkiem Narodowym Krugera staliśmy się atrakcją sezonu. 
...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy