Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

12 kwietnia 2022

NR 58 (Kwiecień 2022)

Dookoła Annapurny

0 386

Legenda głosi, że Sziwa, straszliwy bóg zniszczenia, zaczął lekceważyć i umniejszać rolę swojej małżonki Parwati, Bogini Matki. Tworzył z nią dotychczas małżeństwo idealne, zapewniając równowagę pomiędzy myślą a światem materialnym. Rozżalona Parwati opuściła Sziwę, a bez niej Ziemia stała się niepłodna i spowiła się mrokiem. Sziwa po stracie żony, ku własnemu zdumieniu, sam zaczął odczuwać głód oraz rozdzierającą pustkę. Widząc rozpacz męża, współczująca Parwati powróciła, przybierając nowe wcielenie: Annapurnę. Jako bogini pożywienia podróżowała, karmiąc ludzi i dając im nadzieję. Przepełniony pokorą Sziwa przybył do żony, błagając o posiłek i przebaczenie.

Annapurna – góra wypełniona pożywieniem

Legenda o Annapurnie ma w sobie coś magicznego i ludzkiego zarazem, a moje zamiłowanie do jedzenia zdawało się ciągnąć mnie ku górze, której nazwa w sanskrycie literalnie oznacza „wypełnioną pożywieniem”. Wyjazd do Nepalu był moim marzeniem od lat – było wręcz oczywiste, że każda Anna musi zdobyć Annapurnę. W październiku 2021 roku Nepal po raz pierwszy od wybuchu pandemii otworzył swoje granice i wraz z mężem zdecydowaliśmy się po prostu zabukować bilety. Celem miał być szlak dookoła Annapurny.
 

1. Trawers przez śnieżne pole w drodze na przełęcz Thorong La. 


Plany kontra rzeczywistość

Wyjechaliśmy z Pokhary o dzień za późno, ponieważ rozłożyło nas na łopatki jakieś zatrucie pokarmowe. W przeddzień wyjazdu, bladzi jak zombie, zdołaliśmy jednak wygrzebać się z łóżek, by zjeść coś sycącego. W drodze powrotnej z restauracji przebijaliśmy się pomiędzy kolorowymi dekoracjami z okazji festiwalu światła Tihar, mając nadzieję, że zjedzona miska ryżu bez dodatków przywróci nam siły witalne.
Pobudka: 5 rano. Wyruszamy przed wschodem słońca. Mamy do przejechania około 100 km i ponad 2000 m przewyższenia. Na naszej drodze znajduje się rzadko uczęszczany skrót przez dżunglę, ufamy jedynie, że uda nam się znaleźć właściwą drogę. Pierwsze 40 km trasy pokryte jest asfaltem, kilometry uciekają szybko, a my w poczuciu zadowolenia zatrzymujemy się, żeby coś zjeść. Według mapy mamy do pokonania już „tylko” 1800 m w górę, a potem zjazd do Besisahar. Problemy zaczynają się, gdy kończy się asfalt, a wkrótce także bita droga. Błądząc wśród ryżowych pól, zdezorientowani i delikatnie zrozpaczeni, pytamy w końcu o drogę spotkanego Nepalczyka. Ten wskazał nam ręką kierunek i zaraz potem w przesadzonym geście złapał się za głowę. „Już przez większe przeszkody przenosiłam rower” – pomyślałam i ruszyliśmy w stronę rzeki, którą przekroczyliśmy, targając rowery na plecach. Dwa przejścia przez rzekę oraz trawers przez dżunglę później dotarliśmy wreszcie do właściwego początku naszego podjazdu: bitego pełnego błota i kamieni o nachyleniu 15%. Była 14:00. Do Besisahar nie mieliśmy szans dojechać przed zmrokiem, a bez namiotu i karimat nie mieliśmy najmniejszej ochoty nocować w buszu. 
 

2. Hinduistyczny bóg o groźnym spojrzeniu, Świątynia Muktinath. 

 

3. Malownicze Himalajskie wioski.


We znaki zaczęła mi się dawać też niedoleczona choroba, straciłam siły i stałam się marudna. Za nowy cel obraliśmy sobie Nalme – małą miejscowość na szczycie pobliskiej góry.
Krótko przed zachodem słońca wreszcie udaje nam się dotrzeć do Nalmy. Tak jak się obawialiśmy, w wiosce nie ma żadnego tea house’a. To znaczy jest, ale zamknięty: krótkowzroczny rząd jakiś czas temu przesunął oficjalny przebieg Annapurna Circuit, który teraz omija wieś, a COVID-19 dołożył swoje trzy grosze do tej klęski turystycznego nieurodzaju. Chodząc po wsi, jak typowi zbłąkani turyści pytamy, czy nie znalazłby się dla nas gdzieś kawałek podłogi. Warto wspomnieć, że Nepalczycy dobrze mówią po angielsku, więc komunikacja jest bezproblemowa. Nie minęło 10 minut, a już podążaliśmy z Shanti w stronę jej rodzinnego domu. Shanti poznała nas ze swoim ojcem i bratową oraz dzieciakami. Reszta rodziny była w podróży, ponieważ festiwal Tihar jeszcze się nie skończył. W poprzednim roku zmarło w Nalmie wiele osób i z uwagi na żałobę wioska zdecydowała się nie świętować.
Shanti nie tylko użyczyła nam miejsca do spania, ale też nakarmiła i poczęstowała nas kawą z własnej uprawy. Okazało się, że goszczenie zbłąkanego turysty nie jest w Nalmie rzadkością, ponieważ co roku przyjeżdżają tu do pracy wolontariusze. Shanti z wielkim sentymentem wspominała Francuza, ochrzczonego przez społeczność „Młodszym Bratem”, który nauczył się mówić po nepalsku. Ojciec pokazał nam z dumą permakulturę, do której założenia nakłonił go Młodszy Brat. W tym wielkim ogrodzie rosły pomidory, rzodkiewki, mango, ale też marihuana (z której Młodszy Brat ponoć chętnie korzystał). Zostaliśmy też oprowadzeni po wiosce i przedstawieni sąsiadom. Wiele budynków zostało tu zbudowanych wiele lat temu przez Ghorkas – nepalskie służby specjalne w armii brytyjskiej. Obecnie rząd nepalski prowadzi projekt „1 dom = 1 kran”, którego celem jest zapewnienie bieżącej wody każdemu gospodarstwu domowemu. Dzięki Shanti i jej rodzinie mieliśmy okazję doświadczyć, jak prawdziwie bogaty jest Nepal.
 

4. Nepalczycy chętnie pomagają turystom w licznych przeprawach przez rwące rzeki. 

 

5. Pozwolenia ACAP umożliwiające odwiedzenie Obszaru Chronionego Annapurny są sprawdzane wielokrotnie na trasie.


Przedstawienie pt. Wymiana dętki

Nazajutrz dotarliśmy do Besisahar – największego miasteczka na trasie i zarazem oficjalnego punktu startowego Annapurna Circuit. Wiele poradników sugerowało zrobienie tu zapasów coli i batonów, zanim ceny poszybują w górę wraz z wysokością nad poziomem morza. Niestety, z powodu ostatniego (i najważniejszego) dnia Festiwalu Tihar wszystkie sklepy były zamknięte na wszelkie możliwe spusty. Muzułmanie, którzy w tym dniu nie świętują, ze znudzeniem szwendali się po okolicy i powitali z aprobatą fakt, że Jakob złapał gumę. Około siedmiu mężczyzn i dzieci zgromadziło się wokół mojego towarzysza, który z właściwą sobie gracją wydmuchiwał z opony kamyczki i pompował dętkę. Gdy wreszcie udało mu się zażegnać problem, zrobiliśmy sobie parę pamiątkowych zdjęć z naszą widownią i – nieco zażenowani – pojechaliśmy dalej.
 

 6. Malowniczy szlak w kierunku Upper Pisang.


Droga drodze nierówna

W ciągu następnych paru dni zrozumieliśmy, że noszenie rowerów, pokonywanie wodospadów i strome kamieniste podjazdy będą integralną częścią naszej podróży. Z powodu bardzo intensywnej pory deszczowej część mostów została zerwana, a ich substytutem stały się drewniane śliskie kładki. O dziwo, jeepy i motocykle nie miały tu swoich chicken line’ów i pokonywały tę samą trasę.
Paradoksalnie im wyżej, tym droga stawała się lepsza, ale było też coraz zimniej. Trzeciego dnia, na wysokości około 2500 m n.p.m., zauważyliśmy drastyczną zmianę krajobrazu: opuściliśmy dżunglę, a powitała nas jesienna górska sceneria. Postanowiliśmy, by od tego dnia bezwzględnie zjawiać się w tea house’ach przed 15:00, ponieważ po zachodzie słońca schodziła mgła, a temperatura spadała nagle i w nocy dobijała do -1°C, ścinając wodę we wszystkich kałużach i beczkach z wodą do mycia. W ciągu dnia jeździliśmy w krótkich rękawkach, a w nocy trzęśliśmy się z zimna w puchówkach. Pozostanie w takich okolicznościach gdzieś w górach oznaczałoby problemy.
 

7. Końcówka zjazdu przez przełęcz Lupra oferuje widoki zapierające dech w piersiach. 


Najpiękniejsza część trasy

Droga do Manang przez Upper Pisang jest warta zjechania z głównego szlaku i pokonania dodatkowych metrów przewyższenia. Szlak jest pagórkowaty, ale łatwy technicznie, przejechaliśmy go płynnie, ciesząc się widokami ośnieżonych szczytów. Mijaliśmy pastwiska, na których pasły się jaki, nastrojowe wioski, czasem szybowały nad nami orły.
Na noc zatrzymaliśmy się w Hotelu Tukuche w Upper Pisang, którego właściciel, Lali Daj, chętnie opowiadał o lokalnych zwyczajach związanych z zaręczynami i małżeństwem, ale odradzał nam pójście w jego ślady i wczesne posiadanie dzieci. Okna naszego pokoju wychodziły bezpośrednio na Annapurnę II i aż trudno było nam uwierzyć, że Lali Daj i jego rodzina mogą się cieszyć tym widokiem na co dzień. Przed zachodem słońca udaliśmy się do świątyni, w której, jak przeczytaliśmy, można posłuchać hinduistycznych śpiewów. Niestety, mnisi wyemigrowali na zimę w niżej położone regiony, więc mogliśmy zaledwie zwiedzić budynek.
 

8. To my: Ania i Jakob, polsko-niemiecka para rowerzystów. 

 

9.  Zerwanie mostu przez lawinę to dla mieszkańców Annapurna Circuit niestety częsty problem.


Po pięciu dniach jazdy postanowiliśmy zrobić dzień przerwy na aklimatyzację w Manang. Wioska służy jako punkt startu krótszych wędrówek, np. pod Tilicho Lake. My wybraliśmy się na pobliski trail MTB, a po południu wzięliśmy udział w bezpłatnej prelekcji na temat choroby wysokościowej.
Jednak coś zupełnie innego i nierowerowego okazało się w Manang największą atrakcją. W miasteczku trwał właśnie słynny Festiwal Yartung, obchodzony tradycyjnie pod koniec lata, kiedy konie wracają z wysokogórskich pastwisk. Festiwal jest okazją dla mężczyzn do zademonstrowania szybkości i zwinności swoich koni, a także swoich jeździeckich umiejętności. Grupy jeźdźców pokonywały tor, obnosząc się ze swoimi strojami (będących eklektycznym połączeniem tradycyjnych nepalskich części garderoby i europejskich czy amerykańskich puchówek i wiatrówek, w jakich widuje się tu turystów) i rywalizując ze sobą na krótkiej rundzie poprowadzonej przez środek miasteczka. Po wyścigu jeźdźcy zebrani w centrum wioski, tuż obok młynków modlitewnych, rozpoczęli swoje śpiewy. Wybrzmiewały ludowe pieśni w lokalnym narzeczu, a społeczność raczyła się alkoholem z tradycyjnych naczyń. Nagle pojawiło się też mnóstwo jedzenia, a mieszkańcy co rusz przynosili jeźdźcom jakieś tajemnicze gadżety i… pieniądze, prawdopodobnie jako zapłatę za wypas koni. Przebieg wydarzeń rozumieliśmy głównie z kontekstu, ponieważ towarzyszący nam Nepalczycy z Katmandu ni w ząb nie rozumieli lokalnego języka. W Nepalu istnieje przecież aż 120 oficjalnych narzeczy.

Himalajska przełęcz    

Według Himalayan Rescue Association 50% wszystkich osób przekraczających przełęcz Thorong La na wysokości 5417 m n.p.m. doświadcza objawów choroby wysokościowej (ang. Acute Mountain Sickness, w skrócie: AMS). 
AMS jest jak kac, odczuwasz zmęczenie, nudności i ból głowy. By dać organizmowi czas na aklimatyzację, powyżej wysokości 3500 m n.p.m pokonywaliśmy dziennie tylko 500 m przewyższenia. Jakob brał też Diamox – lek prewencyjny, ja z kolei testowałam, jak mój organizm zareaguje bez leków.
Stromy podjazd do Thorung Phedi High Camp w przeddzień „ataku przełęczowego” był najtrudniejszym odcinkiem całej trasy. Nie tylko odczuliśmy wpływ wysokości, lecz także borykaliśmy się z nachyleniem ponad 30%, śniegiem i lodem. Wspinaczkę ułatwiła nam nawiązana spontanicznie znajomość z Jimmym – 70-letnim Kanadyjczykiem – górołazem o niebanalnym poczuciu humoru. Przez następne dni pozostawaliśmy nierozłączni.
Thorung Phedi High Camp na wysokości 4900 m n.p.m. to ostatnia możliwość noclegu przed przekroczeniem Thorong La. Wszyscy spotkani tam podróżnicy mieli ten sam cel i przebyli podobną trasą; siedząc przy piecu, wymienialiśmy doświadczenia i czuliśmy się jak członkowie jednej górskiej rodziny.
Wbrew poradom zdecydowaliśmy się rozpocząć ostateczną wędrówkę dopiero o 7:00 rano. Część z naszych współbratymców wyruszyła przed wschodem słońca, w temperaturze -10°C. Droga była całkowicie zaśnieżona i oblodzona. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej pcha...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy