Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

31 lipca 2019

CZTERODNIOWA SZARPANINA ZE ZBÓJCAMI

266

Na nic ulewne deszcze, błyskające pioruny czy wściekle padający grad. Na nic 4000 metrów przewyższeń i superszybkie single tracki. Na nic zmęczenie i piekące z bólu mięśnie. Kolarze z całej Polski oraz kilku zagranicznych krajów pokonali czterech zbójów Gwiazdy Południa.

Tegoroczna Gwiazda Południa wzbudzała szczególne emocje. Cezary Zamana zmodyfikował jej kształt w ok. 40%. Największą nowością był wjazd na najbardziej wysuniętą na północ część Słowacji i jazda tamtejszymi Babia Hora Trails. To świetnie zaprojektowane single tracki, którymi można jeździć i w deszcz, i po deszczu. Przez cztery dni na dystansie Pro do pokonania było ponad 6 500 metrów w pionie, a na dystansie 1/2 Pro - ponad 3.500. Na każdym z etapów, wyłączając jazdę indywidualną na czas, zawodnicy wjeżdżali na ponad 1000 m n.p.m.

Bez ciepłego powitania

A patrząc na to, jakie warunki do jazdy zgotowała zawodnikom kapryśna babiogórska aura, był to strzał w dziesiątkę. To bowiem pogoda sprawiła, że i tak wymagające już trasy opracowane przez Cezarego Zamanę i lokalnych kolarzy, zyskały przynajmniej ze dwie lub trzy gwiazdki do swojej skali trudności. Stojąc 11 lipca w Stryszawie na starcie I etapu, nikt z gęsto ubitych na bieżni zawodników nie przewidywał, co spotka ich już kilka minut później i kilkaset metrów wyżej. Z granatowej chmury nagle lunęło, a niebo przeszyły błyskawice. Wraz ze spadającymi kroplami deszczu zaczęła spadać temperatura, a w krytycznym momencie termometry kilku zawodników wskazały na… 4 stopnie Celsjusza. Pierwszy z babiogórskich rozbójników wściekle sypnął jeszcze gradem i przemienił zbocza stoków w rwące górskie strumienie. W takich oto warunkach przyszło śmiałkom wspinać się m.in. na Jałowiec.

Tegoroczne powitanie zawodników pod Diablakiem było więc wyjątkowo chłodne.

Ze skrajności w skrajność

Drugi zbój Gwiazdy Południa obrał inną taktykę. Chciał uśpić czujność kolarzy, by w najmniej oczekiwanym momencie zaatakować i zniechęcić do dalszej jazdy. Dlatego zawodnicy ruszali w przyjemnym lipcowym słońcu, ruszając na trasę z urokliwego ryneczku w Makowie Podhalańskim. Początkowe kilometry wydawały się też przyjemne, bo prowadzące po betonie. To jednak pozory, gdyż ten pierwszy fragment okazał się 3-kilometrową wspinaczką. Z każdym kolejnym metrem i wirażem peleton Gwiazdy Południa wydłużał się i wydłużał, a poszczególnym zawodnikom w oczy zaglądała realna groźba odpadnięcia od stawki.

Później łatwiej nie było. Robiło się coraz bardziej dynamiczniej, robiło się coraz bardziej nieprzewidywalnie. Nie było wiadomo, jaka przeszkoda czyhać będzie za zakrętem. Czas na podjęcie racjonalnej decyzji został ograniczony do minimum, a złośliwy zbój czekał na najmniejszy nawet błąd.

Ucieczka do przodu

Dochodzące zewsząd nieprzychylne prognozy pogody na drugi dzień Gwiazdy Południa spowodowały przesunięcie startu rozgrywanej w Makowie Podhalańskim czasówki na wcześniejszą godzinę. Trzeci rozbójnik zafundował kolarzom podwójną dawkę stresu. Nie dość, że każdy z nich walczył o cenne sekundy, to jeszcze wszyscy mieli z tyłu głowy świadomość, że w każdym momencie może dopaść ich bezlitosna burza. Wraz z deszczem ze zbocza okolicznych gór spłynęłyby także nadzieje kolarzy na dobry rezultat.

Starty poszczególnych kolarzy odbywały się więc bardzo sprawnie. Co 30 sekund na15-kilometrową trasę startował następny śmiałek. Po korzeniach, kamieniach i koleinach wspinali się do Beskidzkiego Raju, najwyżej położonego hotelu w Polsce.

Desperacka walka

Finałowy etap to powrót do Stryszawy i – jak się później okazało – powrót do ekstremalnych warunków pogodowych. Przemierzających trasę, zarówno na dystansie Pro, jak i 1/2 Pro gwałtowne burze wytarmosiły aż dwukrotnie. Czwarty ze zbójów z niespotykaną desperacją starał się powstrzymać kulące się na rowerach sylwetki przed dotarciem do mety. Ci zaś z równie rzadko widywaną desperacją brnęli przez błoto, kałuże i p...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy