Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

10 września 2019

NR 34 (Wrzesień 2019)

Carpathian MTB Epic 2019 (CME)

0 50

Dokładnie trzy tygodnie przed rozpoczęciem pierwszego etapu bB opublikował wyniki konkursu – okazało się, że jestem zwycięzcą. Nagroda: pakiet startowy all inclusive na CME. Nie wiedząc wiele na temat tej etapówki, wszedłem na ich stronę WWW – pierwsze, co rzucało się w oczy, to hasło: EPIC, WILD, RUGGED! O ile pierwsze dwa słowa brzmiały znajomo, o tyle ostatnie niewiele mi mówiło. Translator podpowiedział: „chropowaty”, „szorstki”, „nierówny”, „surowy”. Nie wiem, czy miało mnie to przestraszyć, czy zachęcić, ale namówiłem na wyjazd kumpla i postanowiliśmy sprawdzić, jak jest naprawdę.

Pierwsze, na co należy zwrócić uwagę, to świetna komunikacja organizatorów z zawodnikami. Rejestracja jest szybka i intuicyjna, a strona internetowa wyścigu zawiera w zasadzie wszelkie niezbędne informacje. Chcąc rozwiać jedną wątpliwość, zwróciłem się mailowo do organizatora – wyczerpującą odpowiedź otrzymałem po około godzinie. Ponadto na blisko dwa tygodnie przed wyścigiem mocno aktywuje się profil CME na Facebooku. Prawie codziennie wrzucane są nowe posty, które jeszcze bardziej podkręcają emocje przedstartowe. Oprócz tego dostaję kilka maili, które ponownie przypominają najistotniejsze informacje, np. checklista lub „Ride guide” – obszerny plik w formacie .pdf z opisem całego wydarzenia i tras, wymaganiami oraz obostrzeniami. Dowiadujemy się z niego m.in., w jaki sposób organizatorzy będą dbać o nasze bezpieczeństwo, i przyznam, że przebijają w tym zakresie wszystko, co znałem do tej pory. Zawodnicy otrzymują lokalizator GPS, który śledzi naszą pozycję na trasie (jest możliwość podglądania online pozycji startujących w trakcie wyścigu). Urządzenie zostało wyposażone w przycisk SOS, którego uruchomienie daje sygnał organizatorom, że potrzebujemy pomocy. Oprócz tego obowiązkiem zawodników jest posiadanie własnego urządzenia nawigacyjnego i wgranie do niego śladu trasy. Uczestnicy w trakcie wyścigu muszą mieć przy sobie również koc termiczny znajdujący się w pakiecie startowym (spokojnie – jest mały i lekki) oraz nakrycie przeciwdeszczowe. Powiedzenie „pogoda w górach jest zmienna” nie jest obce również Rumunom, więc bezchmurne niebo podczas startu i przychylne prognozy nie zwalniają nas z tego obowiązku. 

Pakiety startowe sprzedawane są tylko w opcji all inclusive, co oznacza, że opłacając wpisowe, teoretycznie możemy nie martwić się o nic więcej i nie pokrywać na miejscu dodatkowych kosztów. Organizator zapewnia nam trzy noclegi, pełne wyżywienie, możliwość startu wraz ze wszystkimi udogodnieniami, dodatki (koszulka kolarska, skarpety, wino i wiele innych), podstawową opiekę nad rowerem oraz imprezę pożegnalną. Koszt rumuńskiej etapówki waha się od 649 do 749 euro, w zależności od czasu opłacenia. Nie ma możliwości wykupienia pakietu startowego w innej opcji (bez noclegu lub jedzenia). Za dodatkową opłatą można za to wykupić masaże, przechowalnie rowerów (zbędna rzecz, rowery bardzo mile widziane są w obszernych pokojach hotelowych!), serwis rowerowy w wersji premium, pranie, basen lub transfer na lotnisko i z lotniska w Bukareszcie (ok. 3,5 h samochodem w jedną stronę). 
 



Baza zawodów zlokalizowana jest w malowniczo położonym kompleksie Fundata Resort, oferującym trzygwiazdkowy standard. Ośrodek składający się z kilku budynków hotelowych oraz restauracji położony jest w samym sercu dzikich gór Bucegi, na wysokości ponad 1200 m n.p.m. Najbliższa, szeroko rozumiana komercja oddalona jest o jakieś 15 km. Świetnie. Wszędzie dookoła góry, góry, góry! Nieważne, czy jesteś w knajpie, w pokoju, czy w toalecie – jeżeli jest okno i wyjrzysz przez nie, to na 99% zobaczysz bajeczny górski krajobraz, pasterzy, konie, krowy*. Miejsce wręcz idealne do oderwania się od szybkiego, miejskiego życia. Na terenie resortu żyje też stado dzikich, lecz przyjacielskich psów, którym zdarzało się bronić naszego terenu nadzwyczaj głośno w niektóre noce – warto zabrać stopery do uszu!

Ponadto w odległości ok. 20 min samochodem znajduje się jedna z większych atrakcji turystycznych Rumunii – zamek w Branie, czyli tzw. Zamek Drakuli. Średniowieczna budowla ma bogatą historię. Pierwotnie służyła odprawom celnym, później jako szpital, rezydencja królewska, aż ostatecznie stała się muzeum, które obecnie odwiedza około 800 000 turystów rocznie. Zamek największą sławę zyskał jednak dzięki osadzeniu w nim postaci wampira Drakuli w powieści Brama Stokera, która później doczekała się również ekranizacji.

Wracając do wyścigu, który został zaplanowany na cztery pierwsze dni sierpnia, organizatorzy przygotowali dla nas prolog oraz trzy etapy główne. Łącznie 173 km i 8050 m przewyższenia. Sporo, ale porównując z krajowymi etapówkami, których liczba z roku na rok rośnie, nie robi dużego wrażenia. Na przykład najbardziej oblegana polska etapówka Beskidy MTB Trophy oferowała w tym roku 250 km i 9935 m przewyższenia (bez prologu, cztery etapy podstawowe, dystans Classic), Bike Adventure – 250 km i 8000 m przewyższenia (również bez prologu, cztery etapy), 4 Towers – ponad 200 km i 8620 m wzniosu (prolog i trzy etapy). Ponadto mniej więcej tydzień przed wyścigiem dowiedzieliśmy się, że z uwagi na trudne warunki w górach drugi etap zostaje skrócony z 60 do 45 km. Skupianie się na samych liczbach nie jest w pełni miarodajne, wiele zależy od ułożenia tras, ukształtowania terenu oraz obecnych warunków. Może się okazać, że etapówkę z większą liczbą kilometrów i przewyższeń ten sam zawodnik może przejechać w krótszym czasie w zależności od wspomnianych wcześniej czynników. To, czego osobiście szukam w takich wyścigach, to nie ilość, tylko jakość, czyli jak najwięcej czystego MTB – singli, sekcji technicznych, kamieni, korzeni i długich zjazdów z maksimum flow! Im mniej asfaltów i płaskich szutrowych autostrad, tym lepiej. Do tego, po przejrzeniu zdjęć z poprzednich dwóch edycji, oczekiwałem nieziemskich krajobrazów i poznania Karpat z innej strony, niż ta, którą znałem głównie po eksploracjach ścieżek polskich i czeskich. Warto też dodać, że część tras poprowadzona została przez rezerwaty i parki narodowe, w których normalnie ruch rowerowy jest zakazany. Start w CME może być więc jedyną okazją, aby poznać te góry w pełni na dwóch kółkach.
 



Prolog, oficjalnie rozpoczynający imprezę, zaplanowany został na godziny popołudniowe. Do pokonania tylko 10 km i 550 m przewyższenia w formie wyścigu przypominającego XCO. Każdy startuje indywidualnie, w trzydziestosekundowych odstępach. Na starcie pojawiło się 29 zawodników z licencjami, startujących w kategorii Elity (UCI S2), oraz 92 amatorów z około 20 krajów. Głównie Rumuni, sporo Czechów i Skandynawów i tylko (aż?) czterech Polaków. Wyścig jest zdominowany przez mężczyzn! Tylko dziewięć pań, z których pięć to elita. Polskie zacięte zawodniczki mogłyby powalczyć tutaj o niezłe lokaty.

Pogoda na starcie nas nie rozpieszcza. O ile pierwsi zawodnicy startowali w warunkach suchych, o tyle kwadrans przed moim startem rozpętała się ostra ulewa, a temperatura zatrzymuje się na 13 kreskach. Trasa początkowo wiedzie lekko pofałdowanym terenem wokół ośrodka, z kilkoma sztucznymi przeszkodami, aż na szóstym kilometrze wpadamy na główną atrakcję tego dnia, czyli dość stromy, techniczny, leśny zjazd. Niestety, w tych warunkach szczególnie początkowy fragment został później okrzyknięty „zjeżdżalnią”. Wystające ostre kamienie i perspektywa kolejnych trzech dni jazdy skutecznie zachęciły większość zawodników do zejścia z roweru, ryzyko było zbyt duże. Dalsza część zjazdu to czysta frajda, po korzeniach, bandach i ciasnych zakrętach – poziom endorfin skoczył szybko w górę. Po zjeździe czeka nas wspinaczka – dosłownie. Finisz zlokalizowany jest 300 m wyżej niż nasza obecna pozycja, a jazda w tych warunkach pod górę jest niemożliwa. To, co miało być podjazdem, stało się błotnym trekkingiem, przeszkadzał tylko rower. Dojeżdżając na metę, słyszę, jak spiker krzyczy moje imię, nazwisko i kraj pochodzenia. Sytuacja ta powtarza się również w kolejnych dniach, co było miłym akcentem. Oprócz tego w miasteczku zawodów czeka na nas armia bezlitosnych dla łożysk myjek wysokociśnieniowych. Innej możliwości wydobycia roweru z gliniastej mazi raczej nie ma, więc wszyscy kierują się tam z jednoczesnym poczuciem ulgi i zbliżających się kosztów serwisu. Co ciekawe, rower można oddać do umycia obsłudze, a samemu udać się po posiłek i w spokoju zjeść go na poduchach w strefie chillout. W pakiecie regeneracyjnym codziennie znajdujemy: dwie sałatki, porcję makaronu z sosem, izotonik, colę, batony, ciastka i owoce. Zjedzenie wszystkiego skutecznie wypełnia brzuch, aż do kolacji nie ma raczej potrzeby podjadania. 
 


Po ogarnięciu siebie i roweru (kolejność nieprzypadkowa, moim zdaniem – istotna w trakcie etapówek) udajemy się do knajpy, w której czeka na nas bogato zastawiony szwedzki stół. Mięsa, makarony, warzywa, sałatki, owoce, ciasta – jest wszystko, nawet najbardziej wybredne podniebienie znajdzie coś dla siebie. Przewidziano także kącik dla wegan. Oprócz tego popularnością cieszy się lodówka pełna różnorodnych piw i win – na lepszy sen. Duże stoły sprzyjają nawiązywaniu nowych znajomości i dzieleniu się wrażeniami z całego dnia. Atmosfera jest swobodna, a w sali słychać wesoły gwar, co nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że w jednym pomieszczeniu znajduje się ponad setka pasjonatów MTB oczekujących zbliżającego się trzydniowego samowymęczenia.

Po kolacji czeka na nas ceremonia wręczenia nagród za dany dzień oraz (dla mnie nowość) odprawa przed kolejnym etapem. Organizatorzy ponownie przypominają najważniejsze kwestie minimalizujące wszelkie ryzyka, a następnie szczegółowo omawiają każdy kilometr trasy, pokazując ją na rzutniku. Ciężko to wszystko zapamiętać, ale w opowieści wydaje się straszniejsze niż, jak się później okazuje, jest w rzeczywistości. Warto więc wysłuchać, co mają nam do przekazania, ale nie ma co panikować. Rumuni przyzwyczaili nas, że w kwestii ostrzeżeń i bezpieczeństwa są nad wyraz przeczuleni, co przy imprezie tego typu jest jednak pozytywne i sprawia, że nie trafiają się nam żadne nieoczekiwane niespodzianki. Dowiadujemy się również, że trasy mają swój wariant alternatywny, który jest uruchamiany przed danym etapem w sytuacji wyjątkowo trudnych i niekorzystnych warunków pogodowych. Szkoda, że zabrakło tego podczas prologu.
Kolejny dzień rozpoczynamy wspólnym śniadaniem, podczas którego można zobaczyć, jak różne rytuały mają zawodnicy. Jedni przychodzą z na wpół otwartymi oczami, po zarzuceniu bluzy na piżamę (np. ja), a inni wpadają do knajpy w pełnym trykocie, nawet z kaskiem na głowie, mimo że do startu jeszcze sporo ponad dwie godziny. Cykl dnia, według schematu eat – ride – sleep – repeat, rozpoczyna się nowa. 
 



Pogoda dopisuje, niebo jest bezchmurne, a temperatura dochodzi do optymalnych 20 kresek. Do pokonania mamy 43 km i 2150 m przewyższenia (1900...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy