Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

3 czerwca 2019

NR 30 (Maj 2019)

Apu Wamani – górscy bogowie Andów

0 175

Inkowie czcili góry jako chroniące bóstwa. Tych „Strażników Doliny” w inkaskim języku z rodziny keczua nazywano Apu Wamani. Ambitny projekt rowerowy w Chile – próba przemierzenia pięciu gór z tej grupy na rowerze – służył zwiększeniu świadomości historii ludzi, których już nie ma. Przyjąłem zaproszenie na zdobycie ostatniej wielkiej góry z tej wieloletniej wyprawy.

Llullaillaco (6739 m n.p.m.) jest trzecim najwyższym wulkanem na Ziemi. Jest to  również najwyższa góra bez pokrywy lodowej, co z pewnością wynika z faktu, że znajduje się ona w otoczeniu najbardziej suchej części pustyni Atakama w Chile. Położona setki kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji, często jest smagana przez silne burze, a temperatury nierzadko dochodzą do minus 30 stopni Celsjusza. Z tego powodu rzadko zapuszczają się tu alpiniści. „Brzmi to nawet ekscytująco jako cel wyprawy rowerowej” – pomyślałem. Powiedziałem więc Pato, że chętnie przyjmę jego zaproszenie. Pato, skrót od Patricio, powołał do życia interesujący projekt: „Guardian del Valle”. Postanowił zdobyć na rowerze i przejechać „Strażników Doliny”. Wszystkie góry z tej grupy to co najmniej pięciotysięczniki, niektóre liczą nawet ponad 6 tysięcy metrów. Tak jak jego ostatni cel – wulkan Llullaillaco.

Ściśle mówiąc, moja podróż do Chile rozpoczęła się w Afryce. Na Kilimandżaro. Kilka lat temu spędziłem tam trochę czasu z moim rowerem. Po opublikowaniu wideo z mojej podróży, w maju 2017 r. Patricio Goycoolea przysłał mi wiadomość: „#bigmountainbike. Przyjedź do Chile! Jeździmy tutaj po wysokich górach”. To był początek długiej wymiany maili i punkt wyjścia mojej podróży na półkulę południową.

Chociaż nie znałem nazwisk wszystkich towarzyszy wyprawy, byłem pewien, że mają dogodne warunki aklimatyzacji w domu, ponieważ bez wyjątku pochodzili z Santiago. Góry wznoszą się do wysokości prawie sześciu tysięcy metrów zaledwie kilka kilometrów od tego miasta. Łatwo tu spędzić kilka dni w atmosferze z rozrzedzonym powietrzem. Proces adaptacji do mniejszej ilości tlenu na dużej wysokości odgrywa dużą rolę, decydując, czy odniesie się sukces, czy też poniesie się porażkę w wysokich górach. Jeśli coś pójdzie źle, może nawet oznaczać śmierć. Jeżeli nie jesteś odpowiednio zaaklimatyzowany, możesz zachorować na chorobę wysokościową, a to może prowadzić do obrzęku płuc lub mózgu. Szczególnie obrzęk mózgu może być śmiertelny, jeśli nie zejdziesz na niższą wysokość przy pierwszych oznakach choroby. Oznacza to, że zawsze musisz zwracać szczególną uwagę na siebie i towarzyszy wyprawy. Bóle głowy, brak apetytu i spadek wydajności są oznakami niedostatecznej aklimatyzacji.
 



Góry w moim domowym otoczeniu rzadko osiągają wysokość ponad trzech tysięcy metrów. Musiałem więc znaleźć inne sposoby przygotowania się do wyprawy. Pracowałem z generatorem treningowym na dużej wysokości, który pozwala symulować regulowaną wysokość. Tlen jest wyciągany z otaczającego powietrza i wdmuchiwany przez system rur do maski oddechowej lub namiotu. W nocy spałem w małym namiocie, który zakrywa głowę i klatkę piersiową. Zmieniałem wysokość co drugi dzień. W ten sposób mogłem spać na wysokości do 3800 metrów. 

Przyznaję, że nie było to szczególnie przyjemne – świeże powietrze przepływało co kilka sekund z głośnym świstem, co zmusiło mnie do spania z zatyczkami do uszu. Ale działało, i to się liczy. W ciągu dnia trenowałem z maską oddechową na rowerze stacjonarnym. Na krótko przed wylotem do Chile bez problemu mogłem jechać na rowerze na wysokości pięciu tysięcy metrów.

Na początku listopada 2018 r., dobrze przygotowany, wsiadłem do samolotu, ale, prawdę mówiąc, byłem trochę zdenerwowany, ponieważ w ogóle nie znałem reszty zespołu. Towarzyszył mi Martin Bissig, fotograf i przyjaciel ze Szwajcarii. Po 17 godzinach wczesnym rankiem wylądowaliśmy w Santiago. Z bagażem opuściliśmy lotnisko i natychmiast w tłumie rozpoznaliśmy Pato: wysoki, szczupły, opalony i z kamerą w ręku. Na koszuli miał napis dużymi, pomarańczowymi literami „Inner Mountain” – nazwę swojego biura podróży. To było serdeczne przyjęcie. Jakbyśmy się znali od zawsze i po prostu nie widzieliśmy się od jakiegoś czasu. Często spotykaliśmy się z tego rodzaju serdecznością.
 



Po południu poznaliśmy dwóch kolejnych uczestników wyprawy do pobliskiego parku rowerowego. Nicolas Gantz – nasz operator i Nico Prudencio – prawdopodobnie najbardziej znany zawodnik enduro w Ameryce Południowej. Poszliśmy na grilla po kilku rundach na bardzo suchych szlakach w skwarze. Tutaj dołączyła do nas reszta zespołu: Sebastian Prieto Donoso – fotograf, Benjamin Camus – drugi operator i Federico Scheuch – kolejny kolarz górski. Zespół był w komplecie. Podczas pierwszej nocy było dużo śmiechu. 

Duch zespołu objawił się już na początku. Następne dwa dni spędziliśmy w górach za Santiago, aby lepiej się poznać i dalej aklimatyzować. Pierwszy osiągnięty szczyt miał wysokość 3850 metrów. Wszyscy czuli się dobrze, chociaż Martin i ja byliśmy najwolniejsi.

Ostatnie sprawy zostały załatwione, zapakowaliśmy sprzęt, sprawdziliśmy rowery i załadowaliśmy pick-upy. Następnego ranka opuściliśmy miasto w kierunku północnym, jadąc na pustynię Atakama. Chile jest krajem o wydłużonym kształcie, z blisko czterema tysiącami kilometrów linii brzegowej. Jechaliśmy wzdłuż tej linii dziesięć monotonnych godzin w linii prostej. Wydawało się, że krajobraz się zmieniał, jeśli w ogóle, dopiero po setkach kilometrów. Wybrzeże było stale po lewej stronie. Klify, skały i piasek były zawsze po prawej stronie. W końcu zrobiliśmy nasz pierwszy przystanek na noc w pobliżu Bahia Inglesa. Kiedy przyjechaliśmy, wciąż było jasno. Nie mogliśmy się doczekać, aż w końcu wsiądziemy na rowery, więc przejechaliśmy kilka fantastycznych tras wzdłuż wybrzeża Pacyfiku i cieszyliśmy się zachodem słońca nad oceanem. To było wspaniałe!

Następny dzień – ten sam rodzaj trasy. Ponownie niekończąca się pustynia. Czas płynął powoli. W końcu wieczorem dotarliśmy do pustynnej oazy San Pedro de Atacama. Mówią, że są tu dwa rodzaje turystów. Niektórzy są tutaj, aby podziwiać niesamowity krajobraz i przyrodę. Inni z powodu odurzającej kokainy. Boliwijska granica znajduje się zaledwie kilka kilometrów stąd, wydaje się więc, że jest to idealne miejsce do handlu narkotykami. My zaś przyjechaliśmy, aby dalej się aklimatyzować i cieszyć przyrodą.

Obszar wokół San Pedro jest jednym z najbardziej suchych regionów świata. Roczna suma opadów wynosi w okolicy kilka milimetrów. Odpowiada to około jednej pięćdziesiątej ilości deszczu w gorącym miejscu w Stanach Zjednoczonych – w Dolinie Śmierci. Słońce praży bezlitośnie z błękitnego nieba przez cały dzień. W pobliżu San Pedro de Atacama można mimo to znaleźć prawdziwe cuda natury. Na przykład, zaledwie 15 kilometrów od miasta znajduje się Valle de la Luna – Dolina Księżyca, która nie bez powodu nosi taką nazwę. Wysuszony krajobraz piaskowych i skalnych wież wydaje się nie z tego świata. Nie mogliśmy się powstrzymać od odwiedzenia tego dziwacznego krajobrazu podczas naszej wizyty. Wnieśliśmy rowery na kilka stoków, by podążać za grzbietami formacji skalnych i piaskowych z powrotem na dno doliny. Z pewnością były to jedne z najbardziej imponujących zjazdów, jakie kiedykolwiek zrobiliśmy. Odwiedzenie okolicznych słonych jezior to żelazny punkt niemal każdej trasy turystycznej. Tak również było w naszym wypadku. Przejazd do ogromnych jezior leżących na środku pustyni był również częścią naszego programu aklimatyzacji, ponieważ Salar de Loyoques leży na wysokości 4300 metrów. Idealne miejsce na przyzwyczajanie się do wysokości. Widzieliśmy stada wikunii andyjskich, które należą do rodziny alpak, podobnie jak wielbłądy. Dla nas to po prostu lamy. Nie mogliśmy zrozumieć, w jaki sposób te duże ssaki mogą przetrwać tutaj na pustyni. Różowe flamingi stały na zielonych kępkach roślinności na brzegach słonych jezior jak plamki koloru na płótnie w płytkiej wodzie.

Spędziliśmy jedną noc w Baños de Puritama. Źródła te znajdują się trochę powyżej miasta. Gorąca rzeka wypływa spomiędzy ścian skalnych. Woda zbiera się w małych basenach. Płynie dalej w dół do doliny nad schodami wodospadów. Ta parująca oaza leży na wysokości 3500 metrów w otoczeniu palm i trzcin. W ciągu dnia gorące źródła są oblegane przez turystów. Obszar wokół rzeki zamykany jest na noc i nie można tam wejść. Źródłami zarządza hotel, w którym mieszkaliśmy, dlatego mieliśmy wyjątkową okazję spędzić tam noc. Zanim wślizgnęliśmy się do naszych śpiworów, pozwoliliśmy sobie na dryfowanie w przyjemnie ciepłej wodzie przez ponad godzinę. Z oczami utkwionymi w niekończącym się gwiaździstym niebie, czemu towarzyszyło równomierne bulgotanie wody, uznaliśmy, że staliśmy się częścią otoczenia.
 


Trzeciego dnia wyjechaliśmy z San Pedro w kierunku Salar de Atacama. Około 3500 lat temu było tu jezioro. Obecnie obszar o powierzchni blisko trzech tysięcy kilometrów kwadratowych składa się z twardego, szorstkiego, białego arkusza soli, zabrudzonego piaskiem pustyni. Pod nim znajduje się solanka zawierająca lit, a nad nim faluje gorące powietrze. W sporadycznie pojawiających się stawach, które tworzą ciekawe biotopy, pojawiają się strumienie wody. Baseny solankowe w przemyśle zajmującym się przetwarzaniem litu są większe niż naturalnie występujące otwory wodne. Ten cenny surowiec jest ważnym składnikiem baterii i akumulatorów. Pozyskiwanie zasobów ma jednak negatywne skutki dla środowiska przyrodniczego i miejscowej ludności. Wydobywanie solanki z wód gruntowych prowadzi do spadku poziomu wód gruntowych, co wysusza nie tylko rzeki, ale także łąki i tereny podmokłe. Nieskazitelne pastwiska zanikają, a rzadkie gatunki ptaków, które gniazdują na tych terenach, są zagrożone. Liczne laguny otaczające ten ekosystem drastycznie się kurczą, a wiele z nich zanika. Miejscowa, w większości rdzenna ludność cierpi na niedobory wody. Powodem jest kierunkowe odparowywanie wody w celu zwiększenia stężenia litu w basenach. Nie ma systemów odzyskiwania odparowywanej wody i ponownego wprowadzania jej do wód gruntowych. Jechaliśmy wzdłuż niekończących się basenów i rur wodnych przez około godzinę. Czy e-mobilność jest naprawdę krokiem ku lepszej przyszłości?

Kontynuowaliśmy wyprawę wzdłuż zakurzonych ścieżek, które prowadziły wśród bezgranicznego krajobrazu. Kurz przedostał się do każdego zakamarka pojazdów. Po około siedmiu godzinach opuściliśmy główny szlak, aby podążyć za kilkoma śladami opon. Zaprowadziły nas one do ogromnego znaku: „Parque Nacional Llullaillaco”. Cieszyliśmy się, że skręciliśmy we właściwą stronę. Moglibyśmy łatwo zgubić drogę w tym labiryncie ścieżek i słupów energetycznych. Przez kilka kilometrów wulkan był widoczny przed nami w całej okazałości. Zatrzymaliśmy się przy wejściu do parku narodowego, aby zrobić zdjęcia. Wulkan naprawdę wygląda potężnie. Nie, właściwie wygląda gigantycznie. To zrozumiałe, że Inkowie widzieli bogów w tych górach. Pełni radości i pokory kontynuowaliśmy naszą podróż do obozu bazowego.

Dwie godziny później dotarliśmy do małych chatek na wysokości 4200 metrów – naszego obozu bazowego. W końcu mogliśmy wyjść z samochodów, rozprostować nogi, ugotować posiłek i omówić taktykę na kolejne dni. Następnego dnia spakowaliśmy się, aby dotrzeć do obozów znajdujących się na większej wysokości. Musieliśmy wziąć tylko najniezbędniejsze rzeczy i na pewno nie mogliśmy niczego zapomnieć. Pojechaliśmy jeepami do naszego pierwszego obozu na wysokości 4800 metrów. Żmudnie pokonywaliśmy zbocza wulkanu na pierwszym biegu. Jazda zakończyła się między dużymi głazami. Założyliśmy plecaki i wsiedliśmy na rowery. Chcieliśmy zrobić już część trasy (i materiału filmowego) do wysokości 5300 metrów tego samego dnia. Jechaliśmy powoli po luźnej wulkanicznej skale, ciężko oddychając. Każdy z nas czuł rozrzedzone powietrze, byliśmy więc świadomi, że jesteśmy dość wysoko. Widok stawał się coraz bardziej spektakularny. To niesamowite, jak różnorodne są kolory różnych rodzajów skał. Wokół obozu bazowego rosły jeszcze niewielkie krzewy i krzewinki, ale wyżej nie było już żadnej zieleni. Z punktu składowania sprzętu mogliśmy zobaczyć następny etap wyprawy: zbocza żwiru ciągnące się bez końca w kierunku nieba. I mogliśmy sobie tylko wyobrazić, jak to by było nieść nasze rowery w górę. Siedzieliśmy tam przez chwilę, podziwiając górę. Pobożna cisza. T...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy