|
Zimą, 4.12.2005 r., jadąc na rowerze po ośnieżonych lasach
kochłowickich, zrodził się pomysł wyjazdu na Ukrainę i zdobyciu Odessy - troje
powiedziało „Tak” i zaczęliśmy przygotowania. Waldi podjął heroiczny krok -
pierwsze piwo dopiero w Odessie! Ja ograniczyłem spożycie tego szlachetnego
trunku od marca. To pierwsze kroki, które miały wpłynąć na naszą kondycję, w
planie przecież mieliśmy ponad 1500 km. Janek dostał zadanie wytyczenia trasy,
Ja zbierałem informacje o Ukrainie z Netu, a Waldek miał zadbać o kontakt ze
sponsorami i mediami. Na koniec lutego wszystko było zapięte na ostatni guzik -
sponsor medialny zapewniony (Trybuna Górnicza, Nowiny Zabrzańskie), trasa
wytyczona, termin określony, jedynie sponsorzy nie dopisali. Zaczął się ostry
trening fizyczny - oj początki były trudne, ale z czasem robiliśmy po 200 km bez
problemu. Wybraliśmy Ukrainę miedzy innymi dlatego, że miało być płasko, tanio i
pięknie. Ahoj przygodo. Dzień wyjazdu określiliśmy na 27 maja, ten termin miał
nas uchronić przed spodziewanymi upałami panującymi nad Morzem Czarnym.
Przebyliśmy ponad 1500 km w różnych warunkach pogodowych.
Dzięki Jankowi, który codziennie wieczorem spisywał wydarzenia dnia, powstała
relacja z tej wyprawy. Jest on autorem całego tekstu, Ja tylko wniosłem małe
poprawki. Pozostanie mi też pamiątka na całe życie - złamany prawy obojczyk.
Tak więc po kolei:
Dzień 1 27
maja 2006 r.
ZABRZE - TARNÓW: 198 km
„O czwartej rano zbiórka przed kopalnią” - z tą myślą
położyłem się spać. Niestety obudziłem się już o drugiej w nocy. Planowany od
sześciu miesięcy dzień wyprawy przywitał nas deszczem. Termin to termin! Nikt
nie zawiódł, wystrzał szampana oznajmił rozpoczęcie wyprawy, jeszcze życzenia
powodzenia i na Tychy!- niestety w deszczu.
Przed Krakowem - niespodzianka!
Droga zamknięta na okoliczność przejazdu Papieża, ale na szczęście tylko dla
samochodów - ”Patrzcie jak Kraków nas wita!” - śmialiśmy się jadąc
pustą drogą. Ale co dobre kiedyś się kończy- zatrzymują nas żandarmi i
oznajmiają ze dalej nie da rady. Ze względu na rozmiar naszych bagaży miałem
wrażenie, że antyterroryści nie spuszczają nas z oczu. Ale nie ma tego złego, co
by na dobre nie wyszło, całe rzesze ludzi szły na miejsce spotkania by GO
widzieć z kilkuset metrów, a ON przejechał obok nas. Po chwili ruszamy dalej. A
jechaliśmy jak w transie, Waldi mijał „pędzące traktory” z prędkością 44 km/h
pod górę z pełnym obciążeniem. Po 198 km dojeżdżamy do Tarnowa, tu czeka na nas
zarezerwowany domek campingowy. Ten camping to oaza spokoju. Nastrój zmącił nam
jedynie SMS od kolegi, który jadąc do Zakopanego dostał gorączki i z dalszej
jego wyprawy chyba nic nie wyjdzie. Dzisiaj poszło wszystko doskonale, oby tak
dalej!
Dzień 2 28
maja 2006 r.
TARNÓW - PRZEMYŚL: 180 km
Pożegnanie z Tarnowem było trudne, po wieczornych „rozmowach”.
Jedynie Waldek szarpał na Przemyśl - nasz dzisiejszy cel. Ale po „małej
czarnej”, już w formie, podziwiamy widoki traski, która nie jest oznaczona jako
rowerowa, ale urokiem nie ustępuje chociażby tym z Austrii. Mijamy kolejkę
wąskotorową Donów –Przeworsk, podróżni machają nam, słowem sielanka. Janek jest
zachwycony ziemia Dubiecką, ale plecak, który wiezie na plecach chce być
widocznie sakwą i daje mu nieźle w kość. Perspektywa obiadu u teściowej Waldka
pchała go naprzód pod górki o nachyleniu 11 % z szybkością 20 km/h. Ubrani w
nieprzemakalne ubiory niestety doprowadziliśmy do małych odparzeń wiadomej
części ciała. Zasypki poszły w ruch. Obiad okazał się uroczystym wypasem, bo
trafiliśmy w środek urodzin wnuczki, a Waldek to chyba pupil rodziny. „Góra
Krzywiecka da wam popalić!” - odgrażali się biesiadnicy, a przed nią
jeszcze grill u Witka, kolegi Waldka, którego to są rodzinne strony. Witkowa
gościnność tak nas rozbroiła, że ciężko się było stamtąd zabierać – tylko
dziwne, że dawał nam ogromny nóż na drogę – ciekawe, po co?! Krzywiecka zdobyta!
- hajda do Przemyśla na nocleg do bratowej - kogóż by jak nie Waldka. Docieramy
na miejsce i załamka – tam gdzie było wejście do domu jest wejście do banku!
Szybko jednak znajdujemy nowe wejście i już rowery lądują w piwnicy, a my na
pokoje. Znowu nie było końca „rozmowom”, a umiejętności kulinarnych pani Krysi
nie powstydziłby się kucharz renomowanej restauracji.
Dzień 3 29
maja 2006 r.
PRZEMYŚL - LWÓW: 120 km
Dochodzimy do sedna – przekraczamy granicę. Rano krótki wywiad dla miejscowej gazety i koło 10 rano jesteśmy w Medyce. Docieramy na przejście samochodowe i po krótkiej rozmowie, że tu nie przejedziemy, udajemy się na przejście dla pieszych. Około 30 ludzi, jeden celnik. Niestety ludzie ciągle dochodzą i przepchanie się z rowerami jest niemożliwe. Po godzinie wracamy na przejście samochodowe z nadzieją, że jednak tu przejedziemy. Jest nowa zmiana i Wopista mówi, że zapyta. Dzwoni i mówi, żeby czekać. Przed przekroczeniem granicy wszyscy pytali nas czy się nie boimy, że nas napadną (ostatnim był polski wopista i celnik), więc nastroje były trochę nerwowe.
Po następnych 40 min podnosi szlaban i jedziemy do przodu.
Podjeżdżamy do ukraińskich wopistów wzbudzając zainteresowanie. Z Waldka roweru
został ściągnięta lampa przednia (na Allegro 24 zeta), ale że była już poklejona
oddali i ściągnęli nową z roweru Janka (ja swoją już dawno schowałem widząc co
się dzieje). Po chwili pokazują tablicę z lewej, gdzie trzeba wypełnić kartkę
(wzór na tablicy) i dopiero z tym podejść do celnika. Tu zrobiłem kolejny błąd
(oczywiście wg celnika). Celnikowi należało patrzeć w oczy i czekać aż powie -
„Podać paszport”. Niestety podałem mu go bez jego zezwolenia, więc
usłyszałem „Co spieszy Ci się ?”. Generalnie od razu należy
podjechać do tablicy, samemu wypełnić kartkę według wzoru, za cel podać Lwów –
po co mają wiedzieć gdzie jedziemy, ściągnąć z roweru to co mogą
odczepić.
Po chwili jesteśmy na Ukrainie, więc od razu mocno naciskamy na
pedały żeby jak najprędzej oddalić się od strefy przygranicznej, pomni
uwag o napaściach. Droga do Lwowa jest dobra, bez dziur, około 17 zatrzymuje nas
lwowska ulica z kostki przypominająca brzeg lekko wzburzonego morza. Kupujemy
mapę Lwowa, znajdujemy dworzec w celu poszukania noclegu. Atmosfera trochę
nerwowa bo nie ma zapowiadanych babuszek, no i prawie nic nie jedliśmy. Zagadany
taksówkarz proponuje nocleg po 60 hrywien od łebka. Po namyśle postanawiamy
szukać hotelu. Idąc ulicą zagaduje nasz pani proponując nocleg tuż obok za 60
hrywien od łebka. Jako że byliśmy zmęczeni przystaliśmy. Wypad na miasto w
poszukiwaniu obiadu. Niestety nie łatwo znaleźć jakąś knajpę, dopiero po sporym
przeczesaniu terenu znajdujemy cos na podobieństwo mac Donalda. Po polsku nie
rozumieją i dopiero zawołana pomoc kuchenna załatwiła nam frytki. Zwiedzanie
przekładamy na rano. |