|
Rower miałem zawsze. Dziadek nauczył
mnie jeździć bez dodatkowych kółek i pamiętam jak dumnie pedałowałem wokół
mojego bloku, gdy miałem 5 lat. Po dziecinnych rowerkach przyszedł czas na coś
poważniejszego. Pierwszy szosowiec był marki "Kobuz”, w którym spawałem pękniętą
ramę i którego mi “zwędzono”. Następnie odkupiłem czeski rower "Eska”, nieźle
kręcił i do dziś stoi na strychu. Praca przyczyniła się do upadku mojej więzi z
kolarstwem. Dwadzieścia sześć lat przepracowałem w kopalni, z tego połowę pod
ziemią. Wreszcie przyszedł czas na relaks czego owocem jest m.in. ta oto wyprawa
po Inflantach.
Łańcuch reaktywacja Łańcuch zatrybił na nowo dopiero koło 2001 roku,
kiedy kupiłem zwykły rower mojemu synowi. Od czasu do czasu podkradałem mu go
aby trochę pojeździć. Spodobało mi się i postanowiłem... kupić nowy rower. W
2005 roku zaczęły się wspólne wypady z grupą podobnych zapaleńców, aż wreszcie
przyszedł czas na większą wyprawę. Kierunek północny wypadł trochę z przekory.
Większość pcha się raczej w odwrotnym kierunku tymczasem trzy małe kraje
nadbałtyckie wręcz kipią różnorodnymi atrakcjami bijąc niejednokrotnie na głowę
wiele oklepanych miejsc w zachodniej Europie. Jak to może być, że środek Europy,
który bądź co bądź wypada na Litwie dla większości z nas stanowi zagadkę. Nie
tylko sąsiednią Litwę mam tu na myśli ale także Łotwę i Estonię. O sąsiadach z
północy najczęściej nie potrafimy powiedzieć nic poza kilkoma ogólnikami. A
przecież cała materia związana z tym tematem to prawdziwe bogactwo w każdym
wymiarze: historycznym, kulturowym czy wreszcie krajobrazowym. Z całą
odpowiedzialnością mogę zapewnić, że to idealny kierunek wyprawowo – rowerowy.
Zresztą sami oceńcie...
Koło wprawione w ruch
Już sama myśl o
tymczasowej zmianie trybu życia, o spaniu pod namiotem i wszelkich wyprawowych
niuansikach wywoływała u mnie dreszczyk emocji. Los tułacza cyklisty postanowiło
dzielić ze mną jeszcze dwóch kompanów. Początek poszedł gładko, pogoda
dopisywała i bez większych problemów dotarliśmy do granicy z Litwą. Kolo zostało
wprawione w ruch i teraz trudno było je okiełznać. Jedynie Waldek walczył po
drodze z rowerem i odparzeniami, które są nieodzowną przypadłością takich
wypraw. Leczenie roweru polegało na wymianie suportu i łożyska w pedale, zaś
swoich tyłów, na zakupie nowego siodełka i pieluszek dla dorosłych sic!, oraz
dużej ilości zasypki w aptece. Początkową trudnością, okazało się dla mnie,
dorównanie moim dwóm towarzyszom w umiejętności szybkiego spakowania się rano i
wskoczeniu na rower, niby banał ale jednak. Z biegiem czasu jednak moja technika
zwijania namiotu doszła do perfekcji, ale zostało to opłacone frycowym, o czym
później.
Litwa
W tym kraju pierwszym naszym celem było Wilno. Nie sposób jednak przy tej okazji
pominąć Troków i malowniczego zamku na wyspie. Z tego tytułu po raz pierwszy
zaliczyliśmy 30 kilometrowy odcinek szutru, nawierzchni u nas niestosowanej ,
a dość często spotykanej na trasie naszej wyprawy. I nie mam tu na myśli jakiejś
zapomnianej drogi tylko normalną uczęszczaną trasę. Kto ma wyobraźnię i orientuje
się w temacie, wie chyba jakie katusze przeżywał Waldek. Przy kasie do zamku
zastanawialiśmy się jak tu kupić zniżkowe bilety. Nie było to trudne albowiem
wszyscy dookoła jak się zaraz okazało znali polski i cały czas nas rozumieli.
Po bliższym zapoznaniu się z zabytkiem ruszyliśmy w dalszą podróż. Na biwaku
przekonaliśmy się, że noce pod namiotem rzeczywiście niosą odmienne wrażenia.
Tej nocy obudził mnie odgłos buszującego dzika, widocznie rozbiliśmy się bez
pozwolenia na jego terenie. Następnego dnia w południe dotarliśmy do pierwszej stolicy.
Cóż mogę powiedzieć o Wilnie.
Miasto zaskoczyło mnie czystością, pięknymi odnowionymi
kamienicami i ogromnym ruchem samochodów na dwóch, a czasami i trzech pasach.
Włączyliśmy się do tego krwioobiegu i powoli zmierzaliśmy w kierunku serca, czyli starówki.
Cmentarz na Rossie w dużej części zapuszczony, ale niezwykle piękny.
Wizytówka stolicy - Ostra Brama przywitała nas mszą w języku polskim.
W tłumie słuchających ludzi przez chwilę czułem się jak w kraju.
Pokręciliśmy się jeszcze trochę tu i tam, a Waldek odwiedził sklep rowerowy w celu
wymiany pękniętej szprychy. Widziałem jego niezadowoloną minę - naszym rowerom
jakoś nic nie „dolegało”, a pech uczepił się jedynie jego. Nadeszła pora ruszać
w kierunku morza. Pedałowaliśmy drogą na Kiejdany, pokonując małe pagórki.
Tym razem miejsce na nocleg odnaleźliśmy dopiero po dłuższych poszukiwaniach,
gdyż teren był nasiąknięty jak gąbka. Edek zreperował zerwaną przednią linkę hamulca,
szło mu to bardzo nieudolnie, widać, że nie miał do czynienia z mechaniką rowerową.
To była jego jedyna awaria sprzętu na całej trasie.
Morał – miał bezawaryjny rower (czyżby Toyota?). Skoro tak to miał prawo nie znać się na tym.
Tego dnia odpadło też boczne lusterko z kierownicy, nie będę pisał czyjej,
ale nie mojej, no i wiadomo... lustro zły znak. Świtem niebo było bez jednej chmurki.
Postanowiłem, że tym razem wygram wyścig w porannym wstawaniu. Otworzyłem zamek namiotu.
Udając zaspanego, systematycznie zwijałem
majdan. Widziałem Waldka, który machał energicznie łyżką nad zupą, by za chwile rzucić się
do zwijania sprzętu. Śpiwór i materac miałem już spakowane, nic nie jadłem, więc nie mieli
szans. Po dziewięciu dniach byłem pierwszy, patrzałem na nich zadowolony, chociaż nadal
nie wiedziałem o co im chodziło z tym pakowaniem. Jak się człowiek
śpieszy to się diabeł cieszy. Zapomniałem zapiąć jedną z gum mocujących
worek i hak wszedł między szprychy. Było to powodem naderwania jednej
z nich, pojawiły się pęknięcia na feldze, które po następnym tysiącu kilometrów,
jak się dalej okazało, zaowocowały jej wymianą. |