Transalp... Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy o 8-dniowym wyścigu MTB, prowadzącym, jak sama nazwa wskazuje, przez Alpy, bez chwili zastanowienia stwierdziliśmy, że kiedyś staniemy na jego starcie. Ponad 600 km do przejechania, suma podjazdów oscylująca w granicach 20000 m, trasa prowadząca przez Niemcy, Austrię, Szwajcarię i Włochy - wszystko to powodało przyspieszone bicie serca. Teraz, kiedy jako Bajkonur team znaleźliśmy sie na liście startowej Transalpu 2009, marzenie o pokonaniu Alp i ogromnej satysfakcji może się ziścić.
Przejechaliśmy Transalp. Ostatni odcinek, ze względu na swój
wybitnie zjazdowy charakter miał być naszym atutem. Wiedzieliśmy, że ostatniego
dnia musimy być ostrożni, jednak i tak sądziliśmy, że etap, na którym podjazdów
jest tyko 1400 metrów, a zjazdów ponad 2700 pozwoli nam uzyskać lepszą nić
zwykle notę. Wszystko potoczyła się nieco inaczej, ale zacznijmy od początku.
Poranek w Andalo, wstajemy jak zwykle nieco po 6 i udajemy się na śniadanie. Po
śniadaniu odbieramy rowery z depozytu, aby dokonać codziennego przeglądu i
smarowania. Załatwienie tego wieczorem jest zawsze nieco problematyczne, bo
parkingi dla rowerów są na ogół oddalone od obozowiska. Okazuje się, że mam
spory problem z hamulcami. Ostatnie etapy bardzo mocno uszczupliły spory zapas
okładzin. Udaje mi się jednak wybrać kilka w miarę dobrych sztuk, montuję je i
ruszamy na start.
Na początku etapu po krótkich podjeździe i zjeździe
następuje ponad około 1200 metrowy uphill. Jedyny istotny podjazd tego etapu i
zarazem ostatni fragment Transalpu prowadzący pod górę. Cieszy nas to. Jedziemy
równo, ale nie mamy takiego tempa jak na pierwszym podjeździe dzień wcześniej,
który pojechaliśmy bardzo mocno. Na szczycie naszym oczom ukazuje się majaczące
w dole jezioro Garda, będące celem naszej przejażdżki i oznaczające dla nas
pokonanie Alp.
Zanim wpadniemy na ostatni prosty odcinek, którym dojedziemy
do Riva del Garda, czeka nas jeszcze najbardziej stromy zjazd Transalpu: ponad
800 metrów róznicy poziomów na zaledwie 3 kilometrach. Jest stromo, kamieniście,
a na dodatek ślisko ze względu na padający wczoraj deszcz. Ponieważ nie udało
nam się uzyskać dobrej pozycji na podjeździe, zjazd zaczynamy niestety wśród
rowerzystów pieszych. Jak okiem sięgnąć przed nami ciągnie się sznur
sprowadzających rowery. To się musiało tak skończyć. Piękny singletrack, przy
tej ilości osób zmienił się w pieszy singletrack. Wystarczy, że znajdzie się
jedna osoba która boi się jechać, a korek gotowy.
Po pewnym czasie udaje nam
się wysforować na niezłą pozycję i wsiadamy na rumaki. Szlak jest trudny ale
zabawa przednia. W tym momencie zaczynają się jednak problemy. Czuję, że szybko
uporałem się z resztkami okładzin hamulcowych. Nagle zupełnie zapada mi się
klamka w tylnym heblu, którego nadużywałem starając się oszczędzić przód na
najtrudniejsze odcinki. Do końca dnia, mój tylny hamulec pozostanie tylko
atrapą.
Zjazd nadal jest stromy i kamienisty, ale spokojnie byśmy go
przejechali, to jest właśnie ten odcinek z którym wiązaliśmy największe
nadzieje, trzeba spróbować jechać. Tomek jest z przodu, ja staram się ostrożnie
przebyć poszczególne odcinki zjazdu. Często muszę jednak prowadzić rower w dół.
Okazuje się że mojej jazdy i tak jest zbyt dużo. Tym razem przedni, wykonujący
całą pracę hamulec zaczyna tracić skuteczność. Każde dotknięcie klamki wiąże się
z przeraźliwym skrzeczeniem, klocki zużyte są już chyba do zera, czuję
narastający smród. Boję się, że przy takiej jeździe zupełnie zagotuję hempla i
nagle okaże się że także przednia klamaka zapadnie się zupełnie. Tomek czeka
kawałek niżej, ustalamy że jedynym ratunkiem jest przełożenie przedniego hamulca
z jego roweru do mnie. Moja tarcza jest już prawie całkiem spalona. Aby zmienić
hamulec musimy schłodzić go izotonikiem z bidonów. Hamulec jest tak nagrzany, że
płyn wrze nie tylko przy zetknięciu z tarczą i tłokiem, ale także w kontakcie z
amortyzatorem. Szybko przekładamy do mnie przedni hamulec Tomka, teraz na 2
riderów i 2 rowery mamy po jednym hamulcu. Zjazdu jeszcze sporo, teraz przed
nami stromy asfalt. Jedziemy, ale czujemy, że hamulce nie wyrabiają. Często
musimy robić przerwy na chłodzenie, a najbardziej strome odcinki sprowadzamy, bo
boimy się nagłego zagotowania hampli. W końcu żaden z nas nie ma na pokładzie
„drugiego” hamulca. Nasza strata jest już tak duża, że kwestia wyniku przestaje
nas już interesować.
Co prawda bez hamulców, ale jesteśmy cali i przy
rozważnej jeździe mamy ogromną szansę ukończyć wyścig. Nagle dostrzegamy krążący
poniżej nas helikopter. - Oho, ktoś z naszych Z helikoptera na
linach opuszcza się dwóch ratowników. Gdy docieramy do miejsca zdarzenia, droga
jest zablokowana. Ratownicy opatrują bikera, który zaliczył konkretny szlif po
skale. Na miejscu stoi powiększająca się grupka uczestników, którzy nie są
puszczani w dalszą trasę, z dołu jedzie terenowa karetka. Gdy zabierze ona
poszkodowanego w miejsce, gdzie będzie mógł podjąć go helikopter ruszamy w
trasę. Na Transalpie nie mówi się głośno o wypadkach, temat ten nie jest
podnoszony na codziennych wieczornych spotkaniach poza ogólnymi prośbami o
ostrożność. Wypadki jednak się zdarzają. W miarę upływu tygodnia w obozie widać
coraz więcej osób z opatrunkami lub szlifami na ciele, gdzieniegdzie kręci się
ktoś z gipsem. Codziennie wśród osób które znikają z listy sklasyfikowanych może
być ktoś został zabrany do szpitala.
Jedziemy dalej, docieramy do końca
stromego szutru na którym miało miejsce zdarzenie i wpadamy na ostatni 25
kilometrowy odcinek. Już prawie płaski z nielicznymi podjazdami. Od tej pory
będziemy już mogli cały czas jechać na rowerach. Ciśniemy zmieniając się na
prowadzeniu, siły dodaje nam świadomość, że zaraz będziemy na mecie najcięższego
wyścigu rowerowego świata. Pod koniec do naszego „pociągu” przyłącza się jeszcze
jeden team. Jak na całym Transalpie, obsługa wraz policją zabezpiecza każde
skrzyżowanie. Zatrzymują ruch aby rowerzyści mogli przejechać na pełnym
speedzie. Widzisz, że „cały świat zatrzymuje się, bo ty jedziesz”, w euforii
wpadamy na metę. Przejechaliśmy!!!
Na szyjach wieszają nam medale, na sobie
mamy stroje supermanów, którymi wzbudzamy aplauz i uciechę publiczności.
Niewiele myśląc pakujemy wskakujemy w pełnym rynsztunku do jeziora, aby
schłodzić się po tygodniu zmagań z Alpami. Cieszymy się wspólnie z chłopakami
z MTB4fun i Riko Bross, z którymi wspólnie przeżywaliśmy trudy i radości
wyścigu.
Wieczorem ostatnia dekoracja zwycięzców. Cieszy się nie tylko
czołówka, ale także wszyscy, którzy ukończyli wyścig. Każdy z nich dostaje
koszulkę Transalp Finisher. Zgodnie stwierdzamy, że są to najdroższe i okupione
największym wysiłkiem koszulki jakie kiedykolwiek mieliśmy i mieć będziemy.
Radocha i satysfakcja są jednak ogromne. Dołączają do nas chłopai z MTB Tremalzo
i Eski, którzy zajęli znacznie lepsze lokat y w generalce. Rozdanie nagród
przeradza się w szaloną bibę, która trwa do późnych (jak na nagromadzone
zmęczenie) godzin nocnych. Trochę żałujemy że w Polsce bikerzy nie potrafią
wyluzować się po wyścigu i wspólnie dobrze się zabawić.
W niedzielę rano,
wstajemy lekko zmęczeni i zaczynamy zwijać manatki, uczestnicy rozjeżdżają się,
my zostajemy jeszcze na kilka dni nad Gardą aby odpocząć po wyścigu. Gdy nieco
ochłoniemy, na pewno napiszemy jeszcze kilka słów.
Pozdr i dzięki za uwagę
RIva del Garda, 26.07.2009, 10:15
Bartek
2009-07-24 | Andalo
Znów zaczynamy podjazdem. Tym razem zebrałem się w sobie
i ochoczo ruszyłem pod górę. Okazuje się, że od wczoraj odzyskałem wiggor
i tym razem praktycznie przez cały podjazd nadaję tempo Bajkonurowi. Jedziemy
dobrze a nawet bardzo dobrze. Po 5 dniach jazdy nogi są już przyzwyczajone do
wysiłku. Jeśli tylko uda się zapomnieć o bólu w mięśniach można kręcić. Tak
właśnie pokonujemy ten uphill. Zaciskamy zęby i staramy się jechać na tyle
szybko, żeby nie musieć walczyć z każdą nierównością trasy. Jeśli tylko udaje
się utrzymać takie tempo, jedzie się dużo lepiej. Tym razem się udało.
Wyprzedzamy kolejne teamy, wkoło zaczynają pojawiać się nowe, nieznane twarze. W
tak dobrej części stawki jeszcze nas nie było :) Na zjeździ –
klasycznie – udaje nam się jeszcze poprawić swoją pozycję. Na 28 kilometrze
wpadamy na bufet. Czekaliśmy na niego bo bidony już dawno puste. Wsuwamy
pomarańcze, żele i batony.
Tempo spada trochę na kolejnym, niewielkim
podjeździe, ale nadal jest ok. Jazda na pełnym gazie kończy się wraz z
początkiem asfaltowego podjazdu. Nasza pozycja jest zaskakująco dobra, ale
najbardziej doskwiera nam lejący się z nieba żar. Przy źródełku zaczynamy
rozmawiać z teamem z Czech. Wcześniej ich nie spotykaliśmy, a po rozmiarze łydek
oceniamy, że w klasyfikacji generalnej są pewnie jakieś 100 miejsc przed nami.
Co ciekawe na finalnym podjeździe dzisiejszego etapu przyjdzie nam ich jeszcze
raz wyprzedzić. Jeden, załamany, będzie leżał na poboczu. Drugi, cierpliwie
czekał, aż kolega odzyska siły. Widać, że chłopaki ostro cisnęli na poprzednich
etapach i trochę się przeforsowali. Tak bywa…
Na metę w Andalo wpadamy po
niecałych 7 godzinach jazdy. Myśleliśmy, że trasę uda nam się zrobić w 6, jednak
asfaltowy uphill, na którym musieliśmy zrobić kilka przystanków, i ostatni,
również podjazdowy odcinek, zmusiły nas do weryfikacji planów. Śmiejemy się że
tym razem udało nam się zmieścić w czasie „czołówka + 100%”. No cóż, Transalp
wygrywają zawodnicy należący do absolutnej światowej czołówki. Jutro ostatni
etap do Riva del Garda. Po raz pierwszy od kilku dni suma podjazdów nie będzie
większa od 3000 metrów. Tym razem podjazdów będzie o połowę mniej. Będzie za to
sporo zjazdów co niezmiernie nas cieszy. Liczymy, że być może uda się odrobić
kilka pozycji. Przede wszystkim zaś nie możemy doczekać się satysfakcji z
przejechania Transalpu. Do jutra.
Andalo, 24.07.2009, 18:45
Bartek
2009-07-23 | Sarnthein - Kaltern
Jak co dzień, wystartowaliśmy przy dźwiękach "Highway to Hell" i rozpoczęliśmy kolejny z morderczych transalpowych podjazdów. Tym razem wspinaliśmy się z 900 na 2000 metrów. Widoki na górze zapierały dech w piersiach. Po osiągnięciu Kreuzjoch’u rozpoczynamy odjechany, prawie 20-kilometrowy downhill, który znosi nas z poziomu 2000 na 300 metrów. Musimy przyznać, że zjazdy na Transalpie bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Słyszeliśmy że są one prowadzone głównie szutrowymi lub asfaltowymi duktami. Okazało się jednak że jest bardzo dużo wspaniałych, wymagających ścieżek, często kamienistych lub pełnych korzeni. Takie właśnie ścieżki dają nam najwięcej radości i pozwalają odrobić straty które z graniczącą z uporem konsekwencją generujemy na podjazdach.
Jak to zwykle bywa, po wspomnianych zjeździe zaczął się podjazd. Niby zaledwie 10-kilometrowy, ale różnica poziomów i zmęczenie sprawiają że taki podjazd może ciągnąć się spokojnie ponad 2 godziny. Właśnie ten podjazd był dla mnie największym kryzysem. Tempo siadło, mimo że Tomek miał znacznie więcej powera. Każdy obrót korbą wiązał się z takim wysiłkiem, jakbym za każdym razem od nowa ruszał rowerem pod górę. Z nieba lał się żar. Termometr w liczniku dobił do 40 stopni. Mękę co jakiś czas łagodzili tubylcy ustawiający się przy drodze z wężami i polewający gotujących się rowerzystów.
Gdy w końcu
dojechaliśmy na górę rozpoczął się długi przejazd grzbietem. Sporo odcinków
trzeba było pokonać "z buta", a nawet taszczyć rower na plecach. Organizatorzy
zadbali, aby trasa nie była przesadnie łatwa. Gdy rozpoczną się poprzerywane
krótkimi podjazdami zjazdy, mające doprowadzić nas do mety mamy się już poważnie
na baczności. Zmęczenie daje o sobie znać, reakcje stają się opóźnione. Trasy
prowadzące w dół są fantastyczne i dają masę frajdy, nie jedziemy jednak na
maxa, bo teraz najważniejsze jest aby ukończyć Transalp. Na koniec w lejącym się
z nieba żarze przejeżdżamy ostatni podjazd do Kaltern. Jesteśmy wykończeni, a
czas przejazdy znów wydłużył nam się do ponad 8 godzin. Znów nie będzie czasu
porządnie odpocząć przed kolejnym etapem.
Szacun
Gadzior - wypasik!!! gratulacje i pelen dumy i szacunku jestem :) pozdro !!! 2009-08-16 19:46:50 | Stepien
Gratuluje!
niezla 'imprezka' i relacja;) 2009-08-02 15:58:27 | darek
Gratulacje!!!
Brawo i dzieki za super relacje. Mialem szczescie przejechac kiedys mete transalpu i znam uczucie z Rivy i dlatego jeszcze bardziej wam zazdroszce !!! ;) Ale fajnie bylo "prawie ' uczestniczyc w wyscigu czytajac wasze wpisy, jeszcze raz dzieki za relacje.
2009-07-29 09:53:26 | wojtek
Sky is the limit!
Panowie zrobiliście coś absolutnie niesamowitego! Gratuluję spełnienia marzeń! A wasze wpisy na tym blogu czyta się jak pasjonującą powieść :) Jak ostatni etap? 2009-07-26 22:30:11 | Paweł
Gratulacje
Widzę, ze jest małe zacięcie na stronie. Wyścig już zakończony. Gratulacje z powodu dojechania do mety. 2009-07-26 19:37:07 | gazela